Jan Kuźmiński od 12 lat samotnie walczy o sprawiedliwość. Wygrał już proces cywilny, a przed sądem karnym jest oskarżycielem posiłkowym. Chce złowić wędkarskich działaczy, którzy nielegalnie zbudowali stawy rybne.

Masz zdjęcie do tego tematu?

Wyślij
Jan Kuźmiński od 12 lat samotnie walczy o sprawiedliwość. Wygrał już proces cywilny, a przed sądem karnym jest oskarżycielem posiłkowym. Chce złowić wędkarskich działaczy, którzy nielegalnie zbudowali stawy rybne. Skutki tej budowy dały o sobie znać w czasie powodzi.


Pewnie liczą po cichu, że kiedyś mi się znudzi. Nie ma mowy! Za dużo poświęciłem czasu i nerwów, żeby teraz dać sobie spokój - mówi Jan Kuźmiński z Goszowa. Od 12 lat walczy o to, by ukarać działaczy Polskiego Związku Wędkarskiego z Wałbrzycha i Stronia Śląskiego. Wystarczy, że pada przy nich nazwisko Kuźmiński, a od razu robią się bardzo nerwowi. I nic w tym dziwnego. Po wielu latach walki, mimo niekorzystnych decyzji, nie chce odpuścić.
Jak Kuźmiński pochodzi z Wołynia. Jego mama zajmowała się domem, ojciec pracował w młynie.
- Nigdy nie mieli żadnych spraw w sądzie, ze wszystkimi żyliśmy w zgodzie - mówi. - Ale nauczyli mnie tego, by się nie poddawać, choć rozsądek może podpowiadać inaczej...

Wszystko zaczęło się 1 lipca 1997 roku. Na kilka godzin przed powodzią w Kotlinie Kłodzkiej, w nocy z 6 na 7 lipca został zalany Goszów. Woda przerwała groble stawów należących do PZW, zalała wieś i popłynęła dalej ulicami pobliskiego Stronia Śl.

Wyrwa w grobli między stawami wybudowanymi powyżej wsi miała dwadzieścia cztery metry długości. Ponadmetrowa fala zalała kilkanaście gospodarstw położonych w dolinie potoku Młynówka. Tylko Kuźmińskiemu udało się po pięcioletnim procesie dostać odszkodowanie za straty. Reszta powodzian zrezygnowała, nie wierząc w to, że można wygrać.

- To była katastrofa budowlana, która niewiele miała wspólnego z powodzią tysiąclecia. A zbiorniki zrobiono w karygodny sposób. Usypano je z nic nie wartego gruzu, który woda z łatwością rozmyła - Kuźmiński irytuje się na samo wspomnienie tamtej nocy.
Jednak działacze wędkarscy z Wałbrzycha od samego początku twierdzili, że Goszów zalała powódź. I zaczęli odbudowywać zbiorniki, które już raz zmiotły z powierzchni ziemi niemal całą wieś.
Kuźmiński nawet nie chciał wyobrażać sobie życia z położonymi nad wsią kaskadowo sześcioma zbiornikami. Zaczął więc nierówną walkę nie tylko o bezpieczeństwo swoje, swojej rodziny, ale i mieszkańców Goszowa. Za punkt honoru postawił sobie walkę o uznanie powodzi w Goszowie za katastrofę budowlaną, a nie kataklizm.

- Gdybym wtedy wiedział, że o prawdę będę musiał walczyć tyle lat, pewnie w ogóle nie rozpocząłbym tej walki - przyznaje dzisiaj Kuźmiński.
O goszowskiej katastrofie pisał do wszystkich świętych: starostwa, nadzoru budowlanego, prokuratury, wojewody, a nawet ministra i premiera. Skargami, monitami i pozwami zapełnił 10 segregatorów. Z własnej kieszeni wydał kilkanaście tysięcy złotych na opłaty, ksero, listy polecone i ekspertyzy, które sam zlecał.

- Na razie odniosłem połowiczne zwycięstwo: wygrałem w sądzie cywilnym - po 5 latach! - proces o odszkodowania. Polski Związek Wędkarski musiał zapłacić mi prawie 80 tysięcy złotych - mówi uparty mieszkaniec Goszowa.
Sąd cywilny uznał, że w lipcu 1997 roku we wsi rzeczywiście doszło do katastrowy budowlanej. Ale zwycięstwo Jana Kuźmińskiego jest połowiczne, bo w toczącym się od dwóch lat procesie karnym w tej sprawie, to wędkarze jak na razie są górą. Co więcej, kiedy proces ruszał, śmiali się z postawionych im przez prokuraturę zarzutów.
- To wszystko są wymysły pana Kuźmińskiego - oceniał Czesław Ch., były szef wałbrzyskiego okręgu PZW i jeden z trójki oskarżonych. Ale odpowiedzi na pytanie, dlaczego w takim razie za te wymysły wędkarze muszą upartemu Kuźmińskiemu zapłacić prawie 80 tys. zł odszkodowania, już udzielić nie chciał.
W sierpniu tego roku sąd pierwszej instancji uniewinnił trzech działaczy oskarżonych o doprowadzenie do katastrofy budowlanej oraz poświadczenie nieprawdy i wyłudzenie dotacji.
- Ręce mi wtedy opadły. Byłem przekonany, że zostaną skazani - mówi uparty goszowianin. - No i gdyby nie mój upór, pewnie dałbym sobie spokój.

Kuźmiński broni nie złożył. Zapowiada złożenie apelacji i przygotowuje się do kolejnej batalii w walce o sprawiedliwość.
- Działacze PZW drwią sobie z kolejnych postanowień sądu. Nie tylko nie spuścili wody, ale dokończyli budowę stawów i sprzedali je nowemu właścicielowi - dodaje Kuźmiński. - Moja rodzina od lat mówi mi, żebym dał sobie spokój. A ja tylko mocniej zaciskam zęby i powtarzam w myślach, że sprawiedliwość musi w końcu zwyciężyć.
Nic więc dziwnego, że wielu ludzi szanuje go za ten upór w słusznej sprawie.
- Jest konsekwentny. Myślę, że doprowadzi do skazania ludzi odpowiedzialnych za katastrofę sprzed 12 lat. Ma rację i będę go wspierał - mówi poseł PiS Waldemar Wiązowski.
Również mieszkańcy niewielkiego Goszowa przyznają, że są dumni z sąsiada i trzymają za niego kciuki: - Mamy nadzieje, że uda mu się wygrać walkę.

A Kuźmiński już nieraz udowodnił, że potrafi wstrzymać słońce.
Choć prokuratura, bazując na korzystnych dla PZW dokumentach, przez wiele lat umarzała doniesienia o popełnieniu przestępstwa, mieszkańca Goszowa to nie zniechęcało. Pisał zażalenia i odwołania na decyzje, aż w końcu przekonał śledczych, żeby poważnie zajęli się sprawą.
- Przekonały nas nowe dowody, dlatego wznowiliśmy postępowanie i skierowaliśmy akt oskarżenia przeciwko trzem działaczom PZW - tłumaczy Jan Sałacki, prokurator rejonowy w Bystrzycy Kłodzkiej. - Z najnowszej ekspertyzy jednoznacznie wynika, że podczas projektowania i budowania zbiorników doszło do bardzo wielu nieprawidłowości.

Czesławowi Ch., Ryszardowi Ch. i Bogdanowi P. grozi do 10 lat więzienia. - Mnie wcale nie chodzi o to, żeby wsadzić tych ludzi na 10 lat do więzienia - puentuje Kuźmiński. - Chodzi tylko o sprawiedliwy wyrok, o dostrzeżenie tego, że przekroczyli uprawnienia, oszukiwali i muszą ponieść karę, choćby w zawieszeniu.

I przekonuje, że jeśli polskie sądy tego nie dostrzegą, to poszuka sprawiedliwości w Strasburgu.
- Przecież jest prawo, którego trzeba przestrzegać. Nie można bezkarnie narażać ludzi na takie niebezpieczeństwo. Nie pozwolę, by uszło im to płazem - mówi stanowczo Jan Kuźmiński.

Wiadomości

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!