Z Mirosławem Kowalikiem i Janem Trebunią Tutką z zespołu "Raz Dwa Trzy" o nowej płycie i niedzielnym koncercie w Wałbrzychu. Po raz pierwszy zagrali razem na żywo 6 lutego.

Skąd pomysł na opowiedzenie o życiowych prawdach słowami góralskimi?
Mirosław Kowalik: Można to zawdzięczać tylko Góralom i Janowi Trebuni Tutce. Powstała dobra muzyka oraz teksty „od serca”, a Górale doceniają takie prawdy. To grupa ambitna i niedostępna. Jeśli coś lub kogoś przyjmą, to stanowi to dla nich wartość. Prawdopodobnie Górale uznali mnie za swojego. Tato Janka – Władysław Trebunia Tutka – mówił do mnie: „Mirek tyś jest nos, bo myślis jak my”. Uznali, że moja wizja świata im odpowiada.

Dlaczego potrzeba wyśpiewania tych prawd powstała teraz? Czy uznał, że świat ostatnio się zmienił, czy też myśl o tej płycie dojrzewała od dawna?
M.K.: Teksty piosenek tworzyłem od kilku lat, mówią jakim jestem człowiekiem, jaki mam światopogląd. Z Jaśkiem spotkałem się przypadkiem podczas pracy nad inną płytą – „Betlejemską nowiną” zespołu Tabasco Club, za którą odebraliśmy podczas wałbrzyskiego koncertu złotą płytę. Wojtek Przybylski, stwierdził że powinniśmy kontynuować współpracę, ale wszystko wynikło spontanicznie. Potem dołączyli do nas inni przyjaciele, Zespół JazGot, Marcin Pospieszalski, Eugeniu, Thomas Celis. Krążek jest sumą naszych pasji. Zacząłem pisać, a potem przyłączyli się do mnie inni, pisali teksty, pracowali nad aranżacją i produkcją. Nie planowaliśmy takiego, czy innego obrazu tej płyty, ona sama z siebie wyrastała. Nie przypuszczałem też, że się otworzę na pisanie.

Płyta była nagrywana w ubiegłym roku w kilku miejscach, czy to znaczy, że nie spotykaliście na nagraniach?
M.K.: W pierwszym studiu nagrań pracowaliśmy razem przez dwa tygodnie. Bywały momenty, że podczas nagrania było nas w studiu 25 osób. Czerpaliśmy przyjemność z możliwości bycia ze sobą. Wieczorami, po skończonej pracy improwizowaliśmy, bawiliśmy się dźwiękami, bo muzyka sprawia nam wszystkim radość. Przyjeżdżały też nasze rodziny – siostra Janka z dziećmi, moja małżonka z dziećmi, było więc rodzinnie i wesoło.

Jak koledzy z zespołu reagują na pana samodzielne inicjatywy?
M.K.: Bardzo pozytywnie. Dopingują mnie – mają zaciśnięte kciuki. W zespole Raz Dwa Trzy osiągamy wspólne cele i się wzajemnie wspieramy.

Czy ta płyta jest formą spełniania marzeń?
M.K.: Nie wiem, czy marzeniem może być strach. W pewnym momencie obawiałem się o przyszłość projektu, ale już nie było odwrotu. Przerażała mnie konieczność panowania nad nagraniem, odpowiedzialność za nie. Obawiałem się też reakcji naszych słuchaczy i recenzji. Nie wiem, czy tworząc tę płytę kierowałem się intuicją, czy znakami. W przypadku pierwszej produkcji z Tabasco Club niepewność była większa. Teraz mam już pewne doświadczenie, w pracy pomaga też góralska szczerość i to, że się wspaniale rozumiemy. Też pochodzę z gór, tyle, że starszych.

Ciekawy jest też projekt okładki.
M.K.: Jest to grafika ojca Janka, Władysława Trebunia Tutki, nawiązująca do tekstu jednej z piosenek. Ludzie patrząc na akcenty góralskie na okładce i na skład zespołu tworzącego tę produkcję myślą, że jest to płyta góralska, ale to nie jest prawda. To też produkcja mołdawska, meksykańska i ceperska powstała z dialogu oraz porozumienia różnych kultur. Mimo różnic naleźliśmy wspólny język i temat.

Dlaczego Wałbrzych wybraliście na miejsce swojego pierwszego koncertu?
M.K.: Jestem z Wałbrzycha i zależało mi na przeprowadzeniu tutaj prób. Dorota Barańska, właścicielka Hotelu Maria, udostępniła zespołowi nieodpłatnie zakwaterowanie, wyżywienie i salę, pomyślałem zatem, że możemy zagrać tutaj koncert. Wspierają mnie też ząbkowicka firma Remix 1 i Szczawno-Zdrój, które dofinansowało przyjazd Eugeniu. Wsparły nas też Galeria Victoria, Empik i lokalne media.

Jakie są pana plany na przyszłość.
M.K.: Chcemy kontynuować współpracę z Jankiem i mamy przygotowane dwa materiały, potrzebujemy jednak czasu na koncerty oraz promocję naszej pierwszej wspólnej płyty. Zagramy między innymi 2 lipca plenerowy koncert w Szczawnie-Zdroju. Kolejna produkcja będzie zupełnie inna pod względem muzycznym i tematycznym, ale nie chcę jeszcze zdradzać szczegółów.

Komu poleca pan „Góry w sercu”?
M.K.: Każdy musi się samodzielnie przekonać, czy te słowa oraz muzyka przemawiają do niego. To bardzo osobista płyta. Włożyliśmy w nią wiele pracy i nie traktujemy jej jak towaru marketingowego. Pracując nad tym materiałem spotkałem wielu wspaniałych ludzi, często jakby przypadkiem. Wygląda to jak odczytywanie znaków darowanych przez los.



Co pan czuł, gdy pierwszy raz zetknął się z tekstami Mirosława Kowalika?
Jan Trebunia Tutka: Jak przeczytałem „Góry w sercu”, zakręciła mi się łezka w oku. Wzruszył mnie przekaz. Teksty napisane były w języku literackim, dlatego przygotowując je do nagrania zrobiłem przekład na gwarę góralską. Pomagali mi w tym członkowie rodziny, zwłaszcza siostra, która przygotowała dwie piosenki.

Od dawna dział pan w branży muzycznej, jaka była specyfika przygotowania płyty z panem Mirosławem?
J.T.T.: To było zupełnie inne doświadczenie i nowa sytuacja, bo nagle stałem się liderem i firmuję ten projekt. Interesujące też było poznawanie talentu kulinarnego Thomasa, który w trakcie nagrywania płyty zwykle gotował dla nas wszystkich. Wspólna praca była bardzo przyjemna, bo łączyła nas miłość do muzyki.

Jakby pan rozumie „góralskość”?
J.T.T.: To jak tak jak z byciem Polakiem. Można żyć w Zakopanem i nie być Góralem. Nie jest nim ktoś, kto nie używa gwary i wstydzi się swoich korzeni. Cieszę się ze swojego pochodzenia i nie wyobrażam sobie życia bez codziennego spoglądania na Tatry. Pielęgnujemy tradycję między innymi poprzez muzykę. Górale cenią sobie swoją kulturę, bo jest ona doceniana też przez przyjezdnych.

Jak się pan czuje w okolicach Wałbrzycha?
J.T.T.: Zaczynam się tutaj czuć jak w domu, bo spędzam tu coraz więcej czasu. Wałbrzych nie jest dla mnie obcy, jak dajmy na to pół roku temu. Poznaję okolicę, która niewiele różni się od moich stron. Przykładowo w Strudze, gdzie się nie spojrzy, wszędzie góry – tak jak u nas w Białym Dunajcu.

Czy planuje pan karierę solową?
J.T.T.: Nie chcę zrywać współpracy z rodzinnym zespołem. Długo pracowaliśmy razem, nagraliśmy wiele płyt i nie potrafiłbym bez tego żyć. „Góry w sercu” otwiera nowy rozdział i zobaczymy, jak się on rozwinie. Teraz szykujemy koncerty w Polsce, m.in. 1 maja w pięknej scenerii w Bukowinie Tatrzańskiej przy „Głodówce”, ale taż wyjazdy na festiwale „world music” w Budapeszcie i w Niemczech.

Przeczytaj więcej:

Fotoreportaż z prób zespołu.

Czytaj także

    Komentarze (1)

    Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

    Zaloguj się / Zarejestruj się!

    pdfcatalogs.eu (gość)

    Bardzo lubię Trebunie Tutki i mam nadzieję ze kolejny "cross-over" będzie tak udany jak poprzednie