Nasza Loteria - pasek na kartach artykułów

Irena, Andrzej i Iwona wychowali w Głuszycy ponad 60 dzieci. Byli pierwszą rodziną zastępczą w powiecie wałbrzyskim

Adrianna Szurman Monika Miśnia Kot
Pan Andrzej i pani Irena z Głuszycy razem z córką Iwoną wychowali ponad 60 dzieci w rodzinie zastępczej, a później w rodzinnym domu dziecka w Głuszycy
Pan Andrzej i pani Irena z Głuszycy razem z córką Iwoną wychowali ponad 60 dzieci w rodzinie zastępczej, a później w rodzinnym domu dziecka w Głuszycy Adrianna Szurman
W Głuszycy pod Wałbrzychem jest dom, w którym miłości jest tyle, że starczy jeszcze dla wielu skrzywdzonych maluchów, które tu trafią. Te, które tu są i były, to dzieci z trudną przeszłością, skrzywdzone przez rodziców. Wiele ciężko choruje, każde znalazło tu spokojną przystań. Pani Irena z mężem Andrzejem i córką Iwoną wychowali razem ponad 60 strapionych, małych istnień. Każde imię i historia zapadły im głęboko w pamięć i zostawiły ślad. Oto pierwsza rodzina zastępcza w powiecie wałbrzyskim.

Irena, Andrzej i Iwona wychowali w Głuszycy ponad 60 dzieci. Byli pierwszą rodziną zastępczą w powiecie wałbrzyskim. O trudnych początkach i przeciwnościach losu, o radościach, smutkach i codziennym życiu opowiada nam Pani Irena. Poznajcie tę historię, a jeśli zastanawiacie się, czy warto iść tą drogą, to być może właśnie tutaj znajdziecie odpowiedź...

18 lat wychowują w Głuszycy dzieci w swojej rodzinie

Spotykamy się w szczególnym momencie, bo od teraz jestem „pełnoletnia”. Dokładnie 18 lat temu podpisaliśmy umowę w Starostwie jako pierwsza rodzina zastępcza w Powiecie Wałbrzyskim. Przez pierwsze sześć lat zaczynaliśmy jako rodzinne pogotowie. Do 2010 r., bo wtedy z naszego pogotowia do domu dziecka miały odejść dwie dziewczynki.

Dwa tygodnie to był płacz, żal i zastanawianie się, co możemy więcej dla nich zrobić. Zdecydowaliśmy wtedy z mężem o przejściu na status zawodowej rodziny zastępczej. Dziewczynki zostały u nas. Minęło półtora roku i odnalazła się rodzina z Gdańska - dziadkowie, którzy zabrali dzieci pod swój dach. Do 2016 roku byliśmy zawodową rodziną zastępczą, a od tego czasu tworzymy rodzinny dom dziecka. Do chwili obecnej przyjęliśmy łącznie 64 dzieci. Najkrócej dzieci przebywały u nas dwa tygodnie, a najdłużej dziewczynka 9 lat. W tej chwili w domu mamy ośmioro dzieci w wieku od ośmiu miesięcy do siedmiu lat.

Wszystkie te historie wiążą się z ogromnymi emocjami. Był moment, zaraz na początku, kiedy odchodziła od nas dziewczynka, która nawet nie była tu specjalnie długo, około dwa miesiące. Ale było to dziecko 2,5 miesięczne, które pokochaliśmy jak własne. Kiedy ją oddawaliśmy, w domu był taki płacz i lament, że w pewnym momencie zareagował mój mąż, mówiąc, że albo kończymy, albo pomagamy.

Pan Andrzej i pani Irena z Głuszycy razem z córką Iwoną wychowali ponad 60 dzieci w rodzinie zastępczej, a później w rodzinnym domu dziecka w Głuszycy
Początki były trudne, a wszystko zaczęło się od Programu "Kochaj mnie", który Andrzej z Ireną oglądali wspólnie z córką. Iwona zobaczyła na pasku, że potrzebne są w Wałbrzychu rodziny zastępcze Adrianna Szurman

Musiałam wytłumaczyć sobie, że skoro zdecydowałam się na taką formę pomocy, trzeba czasem emocje opanować, zachować trochę dystansu. Wytłumaczyłam sobie, że to tak jakby ktoś z rodziny powierzył nam na jakiś czas pod opiekę dzieci, które nie są całkiem nasze i kiedy mają wrócić do rodziców, po prostu je oddajemy. Zawsze pojawia się żal, wewnętrzna niezgoda i tęsknota, ale ważniejszy od nas jest rodzic.

Więc na przestrzeni lat jedne dzieci przychodziły, inne odchodziły i trochę staraliśmy się traktować to jako pracę, ale zawsze dawaliśmy z siebie wszystko. Mamy kontakty z rodzicami adopcyjnymi, do których trafiły „nasze” dzieci. Dzwonią, przysyłają zdjęcia, przyjeżdżają, odwiedzają nas i to jest dla nas wielka radość.

Niecałe dwa kilogramy szczęścia. I adopcja, która musiała się odbyć

Ostatnio córka doświadczyła takiego spotkania z dziećmi, które odeszły od nas trzy lata temu do rodziców adopcyjnych. To były dzieci, które bardzo chcieliśmy adoptować, ale ze względu na to, że były one z tej samej miejscowości, co my, nie mogliśmy im tego zrobić. Dzieci żyłyby zbyt blisko biologicznej matki, która mogłaby je nagabywać, zresztą to niewielkie środowisko, wspólna szkoła itd. Właściwie wtedy jechałam już do PCPR pisać wniosek, aby wstrzymać ich adopcję, ale w ostatniej chwili wycofałam się. W domu dostałam niesamowitą burę, rodzina wręcz obraziła się na mnie.

Wytłumaczyłam im jednak, że to była słuszna decyzja, bo widząc jak stacza się biologiczna matka, tu na miejscu, nie przeżyłabym faktu, że dzieci by tego doświadczały. Pokochała je inna rodzina i po trzech latach to wspomniane, piękne spotkanie. Takie chwile są nam ogromnie miłe. Za sprawą tych rodziców, byliśmy na bieżąco z ich postępami, a to takie schorowane dzieci, skrajne wcześniaki, jeden z chłopców dwa razy niemal umierał nam na rękach. Ratowali go w szpitalu, praktycznie widzieliśmy jak to dzieciątko odchodzi. Ale został z nami. Włożyliśmy ogrom serca i pracy i powiem, że te bliźnięta mając dwa i pół roku dzieliły wyrazy na sylaby, zaczęły wspaniale się rozwijać. A kiedy do nas trafiły, to we dwójkę ważyły niecałe dwa kilogramy. Masa schorzeń, astma, stałe wyjazdy do Rabki, Karpacza, Jeleniej Góry, by ratować ich zdrowie.

Pan Andrzej i pani Irena z Głuszycy razem z córką Iwoną wychowali ponad 60 dzieci w rodzinie zastępczej, a później w rodzinnym domu dziecka w Głuszycy
Pan Andrzej i pani Irena z Głuszycy razem z córką Iwoną wychowali ponad 60 dzieci w rodzinie zastępczej, a później w rodzinnym domu dziecka w Głuszycy Adrianna Szurman

Ludzka życzliwość i dobro, które wraca do rodziny zastępczej w Głuszycy

Wielki ukłon w stronę naszych wałbrzyskich lekarzy. Nie potrafię wymienić, ile nam ci ludzie pomogli i pomagają nadal. Jesteśmy wspaniale traktowani, wszyscy są życzliwi, nawet panie sprzątaczki, salowe, pielęgniarki. Jesteśmy witani jak najbliższa rodzina. Na przykład lekarz mówi: mam dla pani dwie wiadomości, dobrą i złą. Dobra jest taka, że wychodzicie dzisiaj do domu, a zła jest taka, że jutro rano musicie być w Rabce. Zwyczajnie sam z siebie załatwił nam natychmiastowe przyjęcie w ośrodku, gdzie oczekuje się kilka miesięcy na termin. To wspaniałe gesty.

Oczywiście bardzo dużo wizyt realizujemy prywatnie, ale nie patrzę na koszty, bo przecież dzieci mają na to przynależne im pieniądze. Mogę powiedzieć, że jeśli pojawiają się problemy, do tylko zdrowotne i czasem człowiek bywa podłamany, że ciężko pomóc takiemu dziecku. Jednak wspólnymi siłami wszystko można opanować. Nigdy nie przychodzą nam takie poważne chwile zwątpienia, choć niejedna noc przepłakana, nieprzespana, pełna cierpienia i bólu. Zawsze warto.

Podobnie jest w przedszkolu i szkołach. Nikt nigdy nie dał odczuć naszym wychowankom, że są inne, gorsze. Zawsze byliśmy traktowani z szacunkiem, zrozumieniem, uśmiechem i życzliwością. Nie spotkałam się z podejściem, że ktoś moje dzieci w czymś pominął: urodziny, wycieczki, imprezy dodatkowe. Niczego nie wymagam i o nic nie proszę, ale muszę się pochwalić, bo mieliśmy sytuację, że pojechaliśmy z dziećmi na wakacje. Zaprzyjaźniona właścicielka pensjonatu zaprosiła nas na tydzień poza sezonem. Przychodzi do płacenia, a ci Państwo mówią, że nie płacimy nic, bo my pracujemy dla dobra dzieci, a oni chcą, by to dobro się nam zwróciło.

Pan Andrzej i pani Irena z Głuszycy razem z córką Iwoną wychowali ponad 60 dzieci w rodzinie zastępczej, a później w rodzinnym domu dziecka w Głuszycy
Każde dziecko, które trafia pod skrzydła rodziny zastępczej w Głuszycy ma wyprawiane urodziny,imieniny, każde dostaje prezenty na Mikołaja, niektóre pierwszy raz w życiu

Wszystko zaczęło się od programu telewizyjnego „Kochaj mnie”

Wszystko zaczęło się przez córkę. Wprawdzie dużo wcześniej, kiedy Iwonka była jeszcze mała, braliśmy na święta dzieci z domów dziecka. W 2004 r. leciał w tv program „Kochaj mnie”. Bohaterką była Oliwka z zespołem Downa. Na pasku widniała informacja, że na terenie Dolnego Śląska poszukują rodzin zastępczych. Córka była już pełnoletnia, zadzwoniła do Wrocławia, odesłali nas do konkretnej instytucji i tak zaczęła się nasza przygoda. Krótko potem przeszliśmy szkolenie.

Zapisaliśmy się też na dodatkowe szkolenie w domu małego dziecka. Jeździliśmy około 3 razy w tygodniu w ramach wolontariatu, a córki w weekendy pomagały tam przy podopiecznych. Chcieliśmy zyskać jak najwięcej wiedzy, jak obchodzić się z tymi dziećmi. Niedługo potem był pierwszy telefon z informacją, że jest 3,5 – letnia dziewczynka. Nasza decyzja była natychmiastowa.

Muszę powiedzieć, że teraz jestem córce bardzo wdzięczna za tę decyzję. Mamy dwie córki, młodsza mieszka w Niemczech, ale bardzo nas wspiera, Iwona z własną rodziną w naszym wspólnym domu opiekuje się wszystkimi dziećmi. Dzieciaczki zwracają się do nas Ciocia, Wujek lub Babcia, Dziadek.

Mama w rodzinie zastępczej jest jak WASH & GO. Trochę mama, trochę ciocia i babcia

Mieliśmy sytuację, że dziewczyna odeszła od nas na własne życzenie. Przeżyliśmy to, ale miała prawo tak zdecydować, za chwilę była dorosła. Z tego, co wiemy, żałowała już po dwóch miesiącach. Na jej miejsce przyszły inne dzieci i nie było już powrotu. Odwiedzaliśmy ją w domu dziecka i mamy stały kontakt. Mówi, że nas kocha, zawsze ma od nas wsparcie. Często pomagamy tym, którzy się już usamodzielnili, ale system jest jaki jest i nie są samodzielne do końca. Staramy się pomóc umeblować, wyposażyć, choćby zapełnić lodówkę. Więc jestem taką przyszywaną ciocio-babcią dla wielu z tych dzieciaków, żartobliwie określam się jako „wash and go”.

Najdłużej, bo 9 lat była z nami dziewczynka, którą musieliśmy oddać. Była bardzo chora, miała orzeczenie o niepełnosprawności, niestety przejawiała agresję i niebezpieczne zachowania wobec innych dzieci, które biła, gryzła. Po roku takiego znęcania, podjęliśmy trudną decyzję o umieszczeniu jej w ośrodku, do którego dojeżdżała do szkoły. Znała to środowisko i odnalazła się tam, a my regularnie ją odwiedzamy. Jesteśmy w kontakcie z nią i z wychowawcami, była u nas na wakacjach. Oddanie jej było po to, aby jej pomóc.

Pan Andrzej i pani Irena z Głuszycy razem z córką Iwoną wychowali ponad 60 dzieci w rodzinie zastępczej, a później w rodzinnym domu dziecka w Głuszycy
Maluchy, które trafiają do rodziny pani Ireny i pana Andrzeja wyjeżdżają z nimi na wakacje. rodzice sami nie jeżdżą nigdy, nie potrafią odpoczywać sami

To nie było nasze widzimisię. Byłam gotowa zrezygnować z przyjmowania innych dzieci, by tylko ta dziewczynka miała tutaj przystań. Wytłumaczono mi, że powinniśmy być tutaj dla dzieci, a ona dla własnego i innych bezpieczeństwa musi znaleźć się w specjalistycznym ośrodku. Ma tam świetne warunki, a szkoła jest wspaniała i na marginesie, uważam, że niejeden pedagog z normalnej szkoły powinien tam pojechać i zobaczyć, jak wygląda praca z dzieckiem.

Jedną z dziewczynek mieliśmy u siebie trzy razy, to były nieudane powroty do biologicznej rodziny. Krążyła pomiędzy domem dziecka, domem rodzinnym a naszym. W pewnym momencie, gdy przyszło postanowienie sądu, dziecko zamknęło się w łazience i pozwoliła się zabrać tylko pod warunkiem, że trafi konkretnie do nas.

Zdarzają się problemy z rodzicami biologicznymi. Często dziecko nie chce widywać się z nimi wcale, bo nie zaznało w tym domu niczego dobrego i np. mówi, że ono wie, jak mama wygląda więc nie potrzebuje jej więcej widzieć.

Porządek w ulu. Była rodzina zastępcza, jest rodzinny dom dziecka

Każdemu dziecku wyprawiamy urodziny z tortem, świeczkami i prezentami. Święta spędzamy wszyscy razem, zazwyczaj jest nas około 20 osób. Więc to ogromnie długi stół i cała masa prezentów, po równo dla każdego. Naturalnie dzieci odwiedza Święty Mikołaj. Kiedyś jeden z chłopców, gdy dostał swoje prezenty, zaczął płakać, bo nigdy przedtem nic nie dostał, nie wierzył, że te paczki są jego. Święta są dla nas zawsze wyjątkowe i bardzo radosne.

Tak mi się wydaje, że chyba też chcieliśmy rodzinnym domem dziecka wypełnić pustkę po własnych rodzicach, których już z nami nie ma. Jestem tak nauczona, byliśmy liczną rodziną, dbaliśmy o siebie wzajemnie, długo miałam pod opieką niepełnosprawną siostrę. My chyba już nie potrafimy robić niczego innego. To zawsze był dom pełen dzieci i miłości.

Pan Andrzej i pani Irena z Głuszycy razem z córką Iwoną wychowali ponad 60 dzieci w rodzinie zastępczej, a później w rodzinnym domu dziecka w Głuszycy
Pan Andrzej i pani Irena z Głuszycy razem z córką Iwoną wychowali ponad 60 dzieci w rodzinie zastępczej, a później w rodzinnym domu dziecka w Głuszycy Adrianna Szurman

Logistycznie wygląda to u nas tak, że córka „Królowa” jest od spraw medycznych. Iwona głównie biega na wizyty w szpitalach, u specjalistów, ogarnia wszystkie maluchy. Czasem jest tak, że tylko przyjeżdża z przychodni, zmienia dzieci i jedzie dalej. Ja – „Królowa Matka” wstaję rano, budzę dziewczynki, przygotowuję do przedszkola i szkoły, gotuję, piorę, sprzątam. Mąż dzieci zawozi i odbiera z zajęć. Zięć również pomaga nam bardzo, praktycznie w każdy weekend zabiera dzieci na szlak, organizuje wyjazdy, wycieczki, pikniki. Na wakacje i ferie jeździmy co roku. Wszyscy razem, bo sami, bez dzieci nie potrafimy odpoczywać.

Drzewo. Dzieci, których już nie ma w Głuszycy, w sercach opiekunów zostają na zawsze

Opiekowaliśmy się pewną dziewczynką. Wcześniej był u nas jej brat, a w międzyczasie urodziła się ona. Krótko przed odejściem tego chłopca, dziewczynka trafiła do nas. Proszę sobie wyobrazić, że rodzice adopcyjni chłopca zobaczyli ją i czekali na nią dwa lata, by zawiązać pełną rodzinę.

Na pytanie, co najbardziej utkwiło w sercu przez te wszystkie lata, pan Andrzej nie potrafi powstrzymać łez. Wskazuje na zdjęcie i mówi – przyszywana wnuczka. Kupiłam trzy ramki, mąż pyta, a gdzie czwarta? W pozostałych były zdjęcia naszych biologicznych wnuków, ale musiała znaleźć się ramka dla ukochanej, przybranej wnuczki. Ona od dziadziusia nie odchodziła, była w niego strasznie zapatrzona. Pan Andrzej: - Inaczej to się odbiera, kiedy dziecko odchodzi stąd z uśmiechem, nawet nieświadomie. Myśli, że jedzie na kolejną wycieczkę, a jedzie do nowego domu. Ona jednak wiedziała i nie chciała nas opuszczać. Tłumaczyliśmy, że nowa mama i tata ją pokochali, ale ona mówiła, że jeszcze ich nie kocha. To było trudne…

Wszystkim osobom, które zastanawiają się nad zostaniem rodzicem zastępczym, pragniemy powiedzieć, że warto. Uśmiech dziecka, słowa: kocham Was, rozbrajają każdą sytuację. W oczach tych dzieci widać wszystko. Myślę, że nawet w najbliższym otoczeniu mam dużo takich potencjalnych kandydatów. Tylko każdy zadaje pytanie: jak się rozstawać z tymi dziećmi? Zawsze będziemy przeżywać, ale ten ułamek życia, jaki dzieci spędzą w normalnym domu, będzie rzutował na ich całą przyszłość. Warto dać im szansę, by mogły rozwijać się we własnym tempie. One w życiu przeszły już tyle, że niejeden dorosły by tego nie wytrzymał. Potrzebują dostać perspektywę, by mogły być dziećmi. Chodzi o dalszy ciąg życia, poczucie bezpieczeństwa, przynależność, nowy start.

Na pamiątkę uzupełniamy nasze drzewo genealogiczne, jeszcze trochę miejsca na nim jest. Myślimy, że przez najbliższe lata zapełnimy puste miejsca tej historii.

Pan Andrzej i pani Irena z Głuszycy razem z córką Iwoną wychowali ponad 60 dzieci w rodzinie zastępczej, a później w rodzinnym domu dziecka w Głuszycy

Irena, Andrzej i Iwona wychowali w Głuszycy ponad 60 dzieci....

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Dziennik Zachodni / Reportaż Śląski Związek Rolników Strajk

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera
Wróć na walbrzych.naszemiasto.pl Nasze Miasto