Krzesimir Dębski: Mogłem urodzić się we Wrocławiu, ale... przez przypadek urodziłem się w Wałbrzychu (ROZMOWA)

Robert Migdał
Raz napisałem jedną popularną piosenkę na złość tym, którzy mówili, że ja piszę bardzo skomplikowane utwory: na serwetce w restauracji narysowałem pięciolinie i napisałem piosenkę, z marszu. I pokazałem kolegom: "Proszę: łatwa, prosta, wpadająca w ucho i będzie przebojem. Nie piszę tylko trudnych piosenek. Odczepcie się…" Co to była za piosenka? Z serialu "Na dobre i na złe"... - opowiada Krzesimir Dębski, kompozytor. Rozmawia Robert Migdał

Na 70-lecie Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu napisał Pan "Kantatę Uniwersytecką".

Motto tekstu, do którego stworzyłem muzykę, jest takie, że "najważniejsze jest coś zostawić po sobie trwalszego niż ze spiżu", że trzeba się upamiętnić. Każde istnienie ludzkie powinno to zrobić, coś zostawić po sobie - oczywiście pozytywnego.

 

A muzyka świetnie się do tego nadaje?

Warto zostawić po sobie dźwięki. Niby papier nutowy to nie jest jakaś trwała "tkanina", ale jak się okazało papier jest najlepszym sposobem przekazywania myśli. Najtrwalszym. Zobaczmy, ile było kaset magnetofonowych, wideo, płyt CD - im te nowocześniejsze nośniki, tym szybciej się starzeją. Niech pan spróbuje zobaczyć film sprzed 10 lat na wideo - nie da się tego oglądnąć, nic na nim nie będzie widać, śnieży. A płyty kompaktowe? Dźwięk przeskakuje. A na papierze napisana rzecz? Niby może się spalić, ale gdy będzie w kilku egzemplarzach - to ocaleje chociaż jeden. I te najważniejsze rzeczy w dziejach historii ludzkości - na papierze zostały. Ołówek, papier i gumka były i są ważne. Szczególnie gumka, żeby głupie rzeczy zmazać (uśmiech). Papier jest najwspanialszym nośnikiem.

Muzyka powstała do tekstu Horacego.

Przesłanie jest takie, że jak się coś po sobie zostawia, to niech to będzie coś dobrego, trwałego, ważnego. Napisałem ten utwór dla Uniwersytetu Przyrodniczego, dla Wrocławia. A od Wrocławia w życiu dostałem dużo dobrego.

No tak: pierwsza nagroda muzyczna, jaką pan dostał, to był rok 1975. Jazz nad Odrą. Właśnie we Wrocławiu.

To była dla mnie ważna nagroda. We Wrocławiu dostałem też stypendium od braci Miśków - Waldka i Wiesława. Oni byli działaczami studenckimi, kulturalnymi. To było moje pierwsze wsparcie finansowe. Wrocław zawsze mnie lubił - bo przecież zespół String Connection, w którym grałem, powstał właśnie we Wrocławiu: ćwiczyliśmy w klubie "Rura", graliśmy w nim koncerty. Pisałem też muzykę do teatrów wrocławskich…

"Ostatnio do "Trzech muszkieterów" w teatrze muzycznym Capitol. 

W listopadzie będzie wznowienie. Pisałem też do filmów, które powstawały we Wrocławiu. Musicale tu pisałem. Dyrygowałem bardzo często we wrocławskiej filharmonii na Festiwalu Muzyki Filmowej.

Wrocław Pana lubi, a Pan lubi Wrocław?

Tak, bardzo. No i urodziłem się po sąsiedzku, w Wałbrzychu. Przez przypadek…

Czemu przez przypadek?

Mogłem urodzić się we Wrocławiu, ale rodzice bali się tutaj osiedlić, w dużym mieście, bo byli AK-owcami i woleli się zaszyć w Wałbrzychu, bardziej na peryferiach Polski, bo liczyli, że tam będzie spokojnie. I pojechali do Wałbrzycha i ja tam przyszedłem na świat.

Było spokojniej?

Niezbyt. Tato był dyrektorem szkoły muzycznej i spadł na niego obowiązek prowadzenia... chóru milicjantów. A, że mój tato był inwalidą, to przed próbami chóru podjeżdżał po niego, pod dom, gazik milicyjny i ojciec do końca nie wiedział - czy jedzie na próbę, czy też jest już zdemaskowany, już go mają i biorą do aresztu. Dziś ze śmiechem to wspominam, ale wtedy to nie było do śmiechu - bardzo to było dla ojca obciążające.

Jednak dobrze Pan wspomina to dzieciństwo na Dolnym Śląsku.

Byliśmy rodziną uchodźców, ze wschodu, z Wołynia. Wałbrzycha za bardzo nie pamiętam, bo mieszkałem tam zaledwie kilka lat, kiedy byłem bardzo małym dzieckiem, ale potem jeździliśmy - i to bardzo często - na wakacje pod Jelenią Górę. I ten jeleniogórski pejzaż, tę architekturę - to wspominam najcudowniej. Kiedy przyjeżdżam na Dolny Śląsk, to czuję się jak u siebie, że to jest moje miejsce. Bardzo mi się tu podoba i ciągnie mnie bardzo.

Cała rozmowa z Krzesimirem Dębskim już w piątek, 15 października, w wydaniu papierowym "Gazety Wrocławskiej"

Wideo

Materiał oryginalny: Krzesimir Dębski: Mogłem urodzić się we Wrocławiu, ale... przez przypadek urodziłem się w Wałbrzychu (ROZMOWA) - Wrocław Nasze Miasto

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie