Lockdown zmorą przedsiębiorców. Tracą na nim dorobek życia

Dorota Kowalska
Dorota Kowalska
29.03.21 krakow
stare miasto pandemiczny krakow poniedzialek w kolejnym lockdownie 
n/z: 
fot. aneta zurek / polska press
gazeta krakowska
29.03.21 krakow stare miasto pandemiczny krakow poniedzialek w kolejnym lockdownie n/z: fot. aneta zurek / polska press gazeta krakowska Aneta Zurek / Polska Press
Lekarze, wirusolodzy, epidemiolodzy nie mają wątpliwości: przy takiej liczbie dziennych zakażeń i zgonów wyjście jest tylko jedno - lockdown. Bo najważniejsze jest ratowanie życia i zdrowia ludzi. Ale dla niektórych zamknięcie gospodarki wiąże się z wielkimi, osobistymi dramatami

To nie był dla przedsiębiorców good news - w środę minister zdrowia Adam Niedzielski poinformował o przedłużeniu nowych obostrzeń do co najmniej 18 kwietnia. - W przyszłym tygodniu będziemy podejmować kolejne decyzje - mówił o możliwości wydłużenia lockdownu. Lista obowiązujących obostrzeń jest długa - wciąż zamknięte zostają lokale, hotele, siłownie, kina i długo by jeszcze wyliczać.

- Wszyscy się z tym liczyli, ale powoli uczymy się żyć z pandemią, to znaczy wymyślamy sposoby, jak obostrzenia ominąć - mówi Monika, pięćdziesięciolatka, bizneswoman, od prawie 20 lat w branży beauty. Razem z córką prowadzą zakład kosmetyczny, ona dla jednej z wielkich firm kosmetycznych przeprowadza także szkolenia w trzech województwach południowej Polski.

- Na początku, wiosną ubiegłego roku, to był zupełny szok, nikt nie wiedział, co się dzieje - opowiada. Podczas pierwszego lockdownu została praktycznie bez pracy - wszystkie szkolenia, które były jej głównym źródłem dochodu, zostały odwołane. W zakładzie kosmetycznym, w którym pomaga córce, ruch spadł o ponad 50 procent.

Mają niewielki zakład. Koleżanka w Katowicach zatrudniała jedenaście osób. Wiosną ubiegłego roku wszystkie musiały pójść na bezpłatne urlopy.

- Było jej bardzo przykro, ale nie miała z czego zapłacić im pensji - Monika zapala papierosa. - W ciągu tego roku bardzo dużo zakładów kosmetycznych upadło i wciąż będą upadać - dodaje.

Sytuacja mocno się zmieniła. Upadają zakłady kosmetyczne, ale kwitnie szara strefa. - Tak naprawdę najgorzej mają duże salony kosmetyczne w centrum miast, tam nie da się nic przekombinować - tłumaczy kobieta.

Tyle że ludzie, jak mówi Monika, przestali się bać, muszą zarabiać na życie. Dlatego zarówno kosmetyczki, jak i fryzjerki chodzą do klientek do domów albo przyjmują je u siebie. Wystarczy zadzwonić, umówić się na konkretny dzień i godzinę. Trzeba oczywiście przestrzegać pewnych zasad: dlatego, jeśli zapraszają kogoś do siebie, proszą, żeby ten ktoś nie stawiał samochodu w tym samym miejscu. Najlepiej trochę dalej, nie pod samą klatką schodową. Sąsiedzi są różni, zawsze znajdą się tacy, którzy chętnie doniosą. Inna rzecz, że nie mają obowiązku wpuszczać do prywatnego mieszkania policji czy sanepidu, zwłaszcza w czasie pandemii. Na rynku pojawiła się też konkurencja - Ukrainki, które są o połowę tańsze i doskonale wyczuły potrzebę chwili.

- Branża robi, co może, żeby się ratować - tłumaczy kobieta. I nie ukrywa, że nie rozumie obostrzeń, które są nakładane na salony kosmetyczne, w ich zakładzie zasady higieny przestrzegane były jeszcze przed pandemią, zawsze pracowały w rękawiczkach i maseczkach.

- Ludzie są rozgoryczeni, dlatego kombinują. Jedna ze znajomych okleiła swój zakład fryzjerski gazetami, że niby trwa remont. Normalnie, pojedynczo przyjmuje klientki, które są umawiane na konkretną godzinę. Jak przyjedzie policja czy sanepid, zawsze może powiedzieć, że koleżanka pomaga jej malować ściany, bo klientki wiedzą, że strój w „remontowanym salonie” jest niezobowiązujący - opowiada Monika. Ona praktycznie nie otrzymała żadnej pomocy od państwa, już dawno skończyły jej się oszczędności.

Jeszcze podczas pierwszego lockdownu negocjowała z osobą, od której wynajmuje lokal, możliwość obniżenia czynszu. Płacą miesięcznie 3,5 tys. złotych, dzisiaj o 200 złotych mniej. Właściciel budynku sam spłaca kredyt i też musi jakoś żyć.

- Nikt nie jest w stanie przewidzieć, co będzie i ta niewiedza jest chyba najgorsza. Niby coraz więcej osób choruje, coraz więcej osób się szczepi, ale z drugiej strony wszyscy mówią o możliwych kolejnych lockdownach, zresztą ten trzeci wciąż przecież jeszcze trwa - mówi.

Ze szkoleniami też jest kiepsko - nikt nie zabronił ich robić, ale ludzie się boją zakażenia, kwarantanny, izolacji - to jedno. Poza tym szkoda im pieniędzy, bo nie wiadomo, co będzie dalej. Nikt tak naprawę nie wie, czy kiedyś przyda mu się wiedza zdobyta na takim czy innym kursie.

- Żadna ze znajomych nie myśli też o przebranżowniu, za dużo zainwestowałyśmy pieniędzy w swoje salony, sprzęt i wiedzę, bo w tym fachu trzeba się uczyć cały czas. Pracować online, z wiadomych przyczyn, też nie możemy, więc jedyne, co nam zostaje, to oszukiwać system - Monika wzrusza ramionami.

Adam Niedzielski tłumaczył na środowej konferencji prasowej, że sytuacja w szpitalach wciąż jest bardzo trudna, dlatego gospodarka musi pozostać zamknięta. - Zajętych łóżek dla pacjentów z COVID-19 jest ponad 78 procent, a respiratorów niemal 79 procent. Te parametry są niebezpieczne - mówił.

Wprawdzie można zaobserwować niewielki spadek dziennej liczby zachorowań, ale jest za wcześnie, żeby otwierać gospodarkę.

- Fala zachorowań z zeszłego tygodnia właśnie teraz będzie przechodziła przez szpitale. Skutek zachorowań ze świąt będzie widoczny w przyszłym tygodniu. W najbliższym czasie musimy dokładnie przyglądać się sytuacji epidemicznej - wyjaśnił minister Niedzielski. Tak więc obostrzenia zostają przedłużone do 18 kwietnia. W przyszłym tygodniu rząd będzie podejmował decyzje, co dalej.

Agnieszka, czterdziestoparolatka, właścicielka dwóch restauracji z miejscami noclegowymi w woj. śląskim. Można było wpaść do niej na śniadanie, obiad czy kolację, przenocować. Organizowała śluby i komunie. Nigdy nie narzekała, lubi swoją pracę. Pierwszy lockdown mocno ich zaskoczył.

- To, co się dzieje dzisiaj, jest nie do opisania. Dramat. Zostaliśmy pozostawieni sami sobie. Czekamy na tarczę 2.0. Żeby przetrwać, wydaję wszystkie swoje oszczędności - mówiła rok temu.

Podczas pierwszej fali pandemii, wiosną, była zmuszona wysłać swoich pracowników, a ma ich dziesięciu, na urlopy bezpłatne. Nie miała z czego płacić im pensji. Pracuje w tej branży od ponad 10 lat, nigdy nie znalazła się w podobnej sytuacji. Owszem, bywały gorsze i lepsze miesiące, ale nigdy jeszcze nie zamykała lokali.

Latem, w czerwcu, lipcu, sierpniu był ruch. Udało im się odłożyć trochę pieniędzy, dzięki temu mogła opłacać od października ZUS i wypłacić pensje pracownikom. Nie chciała ich zwalniać, niektórzy pracowali z nią od początku, czyli od ponad dekady. Nie miała sumienia zostawiać ich bez niczego, bo wiedziała, że nigdzie w okolicy pracy nie dostaną. Spodziewała się tego trzeciego lockdownu. Dostała dopłaty do ZUS-u i pensji pracowników. Wciąż jakoś trwa, ale nie wie, jak długo da radę.

- Nie mamy już oszczędności. Wszystko, co mieliśmy, wydaliśmy na to, żeby utrzymać ten biznes. Ale jak długo nam się to uda? Nie wiem - rozkłada ręce. W podobnej sytuacji są inni właściciele restauracji w okolicy. Jak mówi Agnieszka wszyscy ciągną „na oparach”.

Przedsiębiorcy w ramach sprzeciwu przeciwko przedłużeniu lockdownu już w styczniu postanowili otwierać swoje biznesy. W mediach społecznościowych trwała akcja #OtwieraMY, gdzie kolejne lokale ogłaszały swoje otwarcie. W sieci dostępna była także Interaktywna Mapa Wolnego Biznesu, dzięki której można było sprawdzić, które lokale, baseny czy np. siłownie są aktualnie otwarte.

„Drodzy nasi goście, klienci i smakosze, ci duzi i ci mali - stało się! Mamy tego dość, mówimy zakazom stop! Nie chcemy dalej żyć w odizolowaniu. Mimo że nasz bar był cały czas czynny dla was mimo zakazów, to miło nam wszystkich poinformować, że otwieramy się na nowo. Nasza piękna odnowiona sala czeka z utęsknieniem. Z przyjemnością i uśmiechem na twarzy przywitamy każdego z was. Czekają przepyszne posiłki i napoje. Serdecznie zapraszamy do baru” - można było przeczytać na facebookowym profilu baru „Na Żółto i Na Niebiesko” w Nowej Hucie.

Właściciele „Wesołych Garów” z Nowej Huty mówili wprost: „Nie mamy już nic do stracenia, musimy walczyć”.

- Do tej pory jedyna pomoc, jaką uzyskaliśmy od państwa, to 5 tys. zł. Zatrudniamy sześć kelnerek i cztery osoby na kuchni. Jeśli dalej będziemy zamknięci, to będziemy zmuszeni zamknąć lokal, który kochamy jak własne dziecko. Dlatego postanowiliśmy walczyć. Otwieramy się 13 stycznia w pełnym reżimie sanitarnym. Ci, którzy telefonicznie umówią się na wizytę w restauracji, będą testerami naszego jedzenia. Będą nam płacili za możliwość testowania dań - tłumaczyła Karolina Bartosik, właścicielka lokalu.

Rządowe zakazy ignorowała również inna krakowska restauracja. Lokal „Tesone” opublikował krótkie nagranie z 10 stycznia, gdy doszło do ponownego otwarcia. Na filmie widać, że knajpa pękała w szwach.

„Zamknięcie gastronomii jest niezgodne z konstytucją - nie możemy dłużej na to sobie pozwolić!” - można było przeczytać na profilu pizzerii „Siwy Dym” z Drawska.

Obostrzenia zostały zniesione, ale teraz znowu wróciły. Wiele restauracji nic sobie z nich nie robi. Działają mniej lub bardziej oficjalnie. Zapraszają na przykład nie na posiłek, ale na degustację, stosują przeróżne wybiegi, żeby przetrwać pandemię.

- Chociaż niektórym całkiem nieźle idzie, z tego co wiem, pizzerie mają się całkiem nieźle. Pozamykani w domach ludzie często zamawiają u nich posiłki - mówi nam jeden z właścicieli lokalu w Warszawie. I opowiada, że w jego dzielnicy już w czasie pandemii otworzył się bar z wietnamskim jedzeniem. Ludzie ciągle zamawiają w nim coś na wynos.

Prawnicy wynajmowani często przez właścicieli biznesów mówią krótko: lokale gastronomiczne zamknięto na podstawie rozporządzenia, a nie ustawy. Rozporządzeniem nie można zakazać prowadzenia działalności, a jedynie jej ograniczenie.

Często powołują się też na wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Opolu, który uchylił karę 10 tys. zł nałożoną przez sanepid na fryzjera z Prudnika, który kontynuował działalność podczas wiosennego lockdownu. W uzasadnieniu WSA w Opolu zwrócił uwagę, że rozporządzenie Rady Ministrów, które wiosną zabraniało pracy m.in. salonom fryzjerskim i kosmetycznym, było niezgodne z konstytucją. Wyrok WSA w Opolu nie jest jednak prawomocny.

Firmy, które decydują się pomimo obowiązujących obostrzeń na prowadzenie działalności, muszą liczyć się z konsekwencjami. Za naruszenie przepisów grozi kara pieniężna w wysokości do 30 tys. zł, a w niektórych przypadkach przedsiębiorców może spotkać odpowiedzialność karna - nawet do 8 lat pozbawienia wolności.

Jeszcze w czasie drugiego lockdownu mocno protestowali górale, akcja została zapoczątkowana m.in. przez przedsiębiorców z Podhala, którzy ogłosili „góralskie veto”. Nie godzili się na obostrzenia wprowadzane przez rząd. I nie chodziło tylko o właścicieli wyciągów narciarskich.

Piotr Zygarski, właściciel hotelu PRL w Zakopanem w rozmowie z Next.gazeta.pl stwierdził, że z problemami borykają się wszyscy hotelarze poza sieciówkami, za którymi stoją światowe koncerny. One zwalniają część ludzi i w jakiś sposób próbują przetrwać ten okres. Jeśli chodzi o małe hotele, restauracje czy kwatery prywatne, to sytuacja jest dramatyczna.

- Koszty są ogromne, bo mowa o kosztach stałych, które każdy ponosi bez względu na to, czy hotel jest otwarty, czy nie. To są koszty ogrzewania, które płacimy państwowym albo samorządowym spółkom. Są również opłaty przesyłowe oraz opłaty gotowości, które ponosimy co miesiąc. Dla hoteli, restauracji i przedsiębiorstw to po prostu zabójstwo. Nie ma możliwości, żebyśmy dokonywali opłat, dopóki jesteśmy zamknięci i nie mamy pieniędzy. Tworzy się błędne koło. Jesteśmy pod presją państwowych firm żądających natychmiastowej zapłaty, jak chociażby Geotermia w Zakopanem za ciepło dostarczane do pustego budynku, który musi być ogrzewany, aby nie popaść w ruinę. Firma nie pozwala na przedłużenia terminu zapłaty np. do końca lutego czy do końca marca. To samo jest z Tauronem, czyli ogromną firmą państwową, która zachowuje się jak okupant. Nie stać nas na odcięcie prądu, bo oznacza to m.in. brak alarmów w budynku, który może zostać okradziony - opowiadał Piotr Zygarski, hotelarz z Zakopanego.

Narzekają nie tylko mieszkańcy Podhala, ale Beskidów, Karkonoszy, Bieszczad.

Właściciel małego, rodzinnego z pensjonatów właśnie w Beskidzie Śląskim mówi krótko: jest źle.

- W tamtym roku, zarobiliśmy jakieś 40 procent tego, co normalnie. To pozwala nam na przeżycie, pokrycie kosztów utrzymania pensjonatu, ale proszę pamiętać, że nie zatrudniamy sprzątaczek, kucharek itd. - opowiada. Roczny cykl ich przychodów przedstawia się tak: zima generuje 50 procent ich dochodu, lato - 30 procent, reszta, to dłuższe weekendy: Boże Ciało, majówka.

Jak wyglądał miniony rok? Wiosną 2020 było słabo, odbili trochę w lecie, bo ludzie bali się wyjeżdżać za granicę, więc ciągnęli albo nad polskie morze albo w góry, potem przyszedł drugi lockdown, w najważniejszym dla nich sezonie - zimowym. Teraz zamknęli ich po raz trzeci.

Pensjonaty, zwłaszcza te małe, rodzinne jeszcze jakoś ciągną, gorzej mają hotele. Te zarabiały nie tylko na indywidualnym kliencie, bardzo często odbywały się w nich szkolenia, wyjazdy integracyjne - to wszystko się pokończyło, bo i polityka firm się zmieniła.

- Jeśli ktoś nie inwestował w ostatnim czasie, nie brał kredytów, może przetrwać z oszczędności, ale ci, którzy chcieli coś u siebie zmieniać, zadłużyli się, nie daję rady, banków nie interesuje pandemia. Ci krwawią, ale też miesięczny koszt utrzymania hotelu, który ma do dyspozycji 100 pokoi, to jakieś 400 tys. złotych - mówi nasz rozmówca.

Niektóre hotele, żeby się ratować, przebranżawiają się na tak zwane condohotele. Co to takiego? Najkrócej rzecz ujmując, właściciel hotelu sprzedaje poszczególne apartamenty prywatnym osobom, te mogą w nich przebywać w określonym czasie w ciągu roku. W pozostałym okresie są wynajmowane. Zyskiem dzieli się właściciel hotelu i właściciele apartamentów.

- To jest jeszcze jakieś wyjście z sytuacji, niektóre hotele w ogóle przerabiają swoje małe pokoje na apartamenty, żeby móc tak zarabiać na życie - opowiada właściciel pensjonatu. - Nastroje są kiepskie, żeby nie powiedzieć złe. Tym bardziej że najbliższa majówka też jest zagrożona przy takiej liczbie zgonów. Po naszej miejscowości krążą plotki, o których pisały media, że przyjeżdżają ludzie z walizkami wypchanymi pieniędzmi , wsiadają do taksówek i każą się wieźć tam, gdzie mają najgorzej, wiadomo - taksówkarz wszystko wie. Że skupują majątki - dodaje.

Ludzie boja się nadchodzących miesięcy, bo tak naprawdę nikt nie wie, jak będzie.

- Niektórzy już zbankrutowali, inni położą biznesy przed latem, bo zabraknie im ciągłości finansowej, tak wygląda nasza rzeczywistość - twierdzi mężczyzna.

Marcin Król, filozof polityki, historyk idei, w ostatnim wywiadzie, jakiego udzielił „Polsce” ostrzegał: „Florian Znaniecki, wielki polski socjolog, wprowadził kategorię ludzi zbędnych. To się odnosiło do czegoś innego wtedy, ale jest to kategoria, której warto dziś używać. To bardzo ważne. Pojawi się olbrzymia liczba ludzi zbędnych. To znaczy takich ludzi, którzy nie będą mieli pracy; nie będą wiedzieli, co ze sobą zrobić. Nie każdy przecież czyta przez cały dzień. Telewizję też można oglądać przez jakiś czas, no i trzeba mieć Netflix czy inną platformę, by cały czas oglądać informacje o wirusie. Ci ludzie zbędni są niesłychanie podatni na niewiadome zdarzenia. To znaczy nie umiemy przewidzieć ich zachowań”.

Ale prawda jest taka, że w niektórych branżach w ogóle nie ma już czego ratować. Światowa Organizacja Turystyki Narodów Zjednoczonych (UNWTO) szacowała jeszcze przed drugą falą zachorowań, że ruch turystyczny może zmaleć nawet o 80 proc. Firmy turystyczne zalegają z płatnościami bankom i firmom faktoringowym oraz skupującym długi od banków. Do tego dochodzą telekomy i ubezpieczyciele. Upadają biura podróży. Ale pandemia uderza także w inne branże, żeby wspomnieć chociażby o siłowniach, basenach czy szeroko pojętej kulturze.

Cóż, czas pandemii to czas trudnych, czasami dramatycznych wyborów. Lekarze, wirusolodzy, epidemiolodzy nie mają bowiem wątpliwości: przy takiej liczbie dziennych zakażeń i zgonów wyjście jest tylko jedno - lockdown. Bo trzeba ratować życie i zdrowie ludzi.

Zmiany w prawie spadkowym. Kuzyni przestaną dziedziczyć

Wideo

Materiał oryginalny: Lockdown zmorą przedsiębiorców. Tracą na nim dorobek życia - Polska Times

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

A
Andrzej

glapiński nam,wam, wydrukuje a morawiecki z ministrem rozda !!

Dodaj ogłoszenie