Marek Trela: Stadnina w Janowie to było moje życie. Nie odmówiłbym jej pomocy, gdyby pojawiły możliwości

Wojciech Rogacin
Wojciech Rogacin
Marek Trela kieruje sanktuarium, czyli rezerwatem dla zwierząt uratowanych z obszarów działań wojennych Z rachiwum Marka Treli
Polską hodowlą koni arabskich zajęli się ludzie niekompetentni. Sytuacja stadniny w Janowie jest tragiczna, polskich koni nie widać na międzynarodowych pokazach. Trzeba odbudować renomę polskich stadnin i zaufanie hodowców - mówi Marek Trela, odwołany przez “dobrą zmianę” prezes stadniny koni w Janowie Podlaskim

Czy przyjeżdża Pan czasami do Janowa Podlaskiego?

Od roku w ogóle nie mogłem się ruszyć z Jordanii przez pandemię COVID, ale mówiąc ogólnie – nie bywam w Stadninie w Janowie. Nie mam żadnego kontaktu ze Stadniną. Nie byłem tam właściwie od czasu opuszczenia swego stanowiska. Nikt mnie tam nie oczekuje, dlatego też niespecjalnie się spieszę.

To czym Pan się teraz zajmuje w Jordanii? Czy ma pan do czynienia z końmi?

Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie zajmuję się końmi. Oczywiście, że tak. Jednak głównym moim zajęciem, któremu całkowicie się poświęcam, jest organizowanie swego rodzaju rezerwatu – tu się to nazywa sanktuarium - dla zwierząt uratowanych ze stref wojennych i z biednych okolicznych ogrodów zoologicznych. Są to zwierzęta ze Strefy Gazy, z Mosulu w Iraku, z Aleppo w Syrii. Są z Pakistanu, a niektóre też z samej Jordanii.

W każdym przypadku, gdy te zwierzęta potrzebują pomocy i kiedy ktoś organizuje akcje ratując te zwierzęta najczęściej z ogrodów zoologicznych, to przyjmujemy je do nas, starając się zapewnić im właściwie raj.

Fundacja księżniczki Alii bint Hussein, która jest moim bezpośrednim szefem i w stadninie, i w tym sanktuarium, otrzymała od rządu 140 hektarów terenu. To ostatnie pozostałości lasu śródziemnomorskiego, pięknie położone obok historycznego Dżerasz, na szczycie wzgórza. Tam mamy nasze zwierzęta

Dużo ich jest?

Sporo. W tej chwili mamy dwa ośrodki. Jeden to jest właśnie Dżerasz, a drugi w samym Ammanie, obok stajen królewskich. Tam rehabilitujemy i leczymy zwierzęta, a potem przenosimy je już do ich ostatecznych zagród, właśnie w Dżerasz.

Lubi pan tę pracę?

To wspaniałe zajęcie. Patrzenie na te zwierzęta, jak one się adaptują, uspokajają, jak się zmieniają. My grupujemy je, żeby nie były samotne. Staramy się zapewnić im warunki zbliżone do ich naturalnych środowisk. Jest to naprawdę pasjonujące zajęcie i miło coś takiego robić na koniec kariery.

Widziałem reportaż o tym sanktuarium w telewizji Al Jazeera i przyznam, że byłem zaskoczony tym, że w kraju arabskim jest taka troska akurat o dzikie zwierzęta.

Wszyscy są tym zaskoczeni, a najbardziej miejscowi, którzy przyjeżdżają, oglądają to miejsce i zwierzęta. Oni są wręcz dumni z tego, że coś takiego w ich kraju funkcjonuje. Zazwyczaj każdy jest przyzwyczajony do oglądania dzikich zwierząt w ogrodach zoologicznych, gdzie są małe wybiegi. A tutaj czasami mamy problem, żeby wytłumaczyć gościom, że jeśli nie widzą zwierząt, to znaczy, że zwierzęta nie chcą ich widzieć. Tutaj zagrody są ogromne – każda ma ponad hektar lasu śródziemnomorskiego, mocno zalesionego z tutejszymi dębami, z drzewami truskawkowymi które są unikalne dla przyjezdnych z zagranicy.

Jest gdzie się ukryć

Tak, i wspaniale to wygląda, a te zwierzęta po prostu mogą się schować. Mogą sobie żyć swoim życiem albo przyjść, popatrzeć na ludzi. To jest wspaniałe, szczególnie jeżeli się bierze pod uwagę to, co one wcześniej przeżyły. Kiedy czasem wojskowy helikopter przeleci nad nami, wówczas niektóre z nich uciekają w panice do swoich noclegowych domów. Wciąż mają złe wspomnienia związane z tym hałasem.

My ten ośrodek wciąż rozbudowujemy. Powstają nowe zagrody, a właściwie cały system – budynek nocny, służący też do wszelkich innych czynności pielęgnacyjnych, a do tego są hektarowe, wydzielone wysokim ogrodzeniem zagrody. Na szczycie wzgórza stawiamy nowy budynek dla sześciu niedźwiedzi, które będziemy wkrótce tam przenosić. Dla zwiedzających powstanie taras widokowy, a widok stamtąd jest po prostu powalający - na całą dolinę Dżerasz aż po Amman. To też chcemy ludziom pokazać

Ludzie miejscowi są dumni z tego, że coś takiego u nich istnieje. Nikt się czegoś takiego nie spodziewał w tym regionie świata, który niespecjalnie ma dobry stosunek do zwierząt. Stąd też pomysł księżniczki Alii który realizujemy również po to, żeby edukować.

Na przykład mamy jedną hienę afrykańską i jedną miejscową. Postawiliśmy je w sąsiadujących zagrodach. I mówimy, że hiena afrykańska poluje, zabija, a ta druga to „dobra” hiena, która żyje w nocy, nie atakuje ludzi. I tak walczymy z przesądami, które tu panują, Tutejsi ludzie wierzą że kiedy hiena zobaczy człowieka, to go zahipnotyzuje, zaciągnie do swojej jaskini i tam zje. Pokazując jakie te hieny są naprawdę obalamy te przesądy.

Mamy w tej chwili 23 lwy, dwa tygrysy bengalskie, mamy 12 niedźwiedzi,. Dwójkę z nich będziemy w tym miesiącu przenosić z kwarantanny do nowo powstałych zagród. Są to dwa niedźwiedzie uratowane przez organizację Four Paws – cztery łapy. Jest to fundacja austriacka, której jesteśmy częścią i która zajmuje się ratowaniem zwierząt z opresji.

Wspomniane dwa niedźwiedzie przyjechały do nas pod koniec grudnia z Islamabadu. Z bardzo ciężkich warunków, z biednego ogrodu zoologicznego. W tej chwili są w kwarantannie, ale już doszły do siebie, odrodziły się. No i wszyscy czekają, bombardują nas z całego świata pytaniami, kiedy będziemy je wreszcie wypuszczać. Każdy chce pokazać ten happy end, kiedy one idą do swoich nowych, wspaniałych zagród.

Rzeczywiście jest naprawdę radość z patrzenia na te zwierzęta. I te niedźwiedzie i lwy odpłacają się swoim zachowaniem, tym spokojem, który ja opanowuje, kiedy już zagospodarują swoje nowe, przestrzenne zagrody. To jest to jest naprawdę sympatyczne.

Jak to się stało, że zajął się pan tymi zwierzętami?

Trzy lata temu z okładem księżniczka Alia prosiła mnie, żebym pomógł jej uruchomić to przedsięwzięcie. Zostało to zbudowane, ale nie mogło ruszyć z miejsca. Powiedziała mi: - Masz doświadczenie, przyjedź. - Dobrze, przyjadę na trzy miesiące, uruchomimy to. Przyjechałem i te trzy miesiące minęły trzy lata temu. (śmiech) Ale to jest naprawdę wdzięczna praca, która wynagradza człowiekowi zaangażowanie. Patrzenie na tę radość i spokój zwierząt, bo spokój ich jest najważniejszy - to jest naprawdę budujące,

Ale od koni pan nie odszedł?

No nie. Oczywiście księżniczka Alia byłaby szczęśliwa, żebym się mocniej stadniną zajmował, ale to nie sposób. Obecna praca angażuje tyle sił i czasu, że jest to niemożliwe.
Natomiast w stadninie mam drugie biuro, które codziennie odwiedzam i zajmuję się takimi sprawami, jak konsultacje, czy układanie planu stanówki. Doradzam, kiedy trzeba wybrać konie na przykład jako prezent dla którejś koronowanej głowy, czy też zadecydować, które konie użyć w hodowli, albo wybrać na prezentację. Natomiast nie jestem w stanie pomóc na co dzień prowadzeniu stadniny, bo po prostu czasu na to nie mam.

To jest stadnina królewska?

Tak, założona przez króla Abdullaha, który dostał założycielskie klacze od miejscowych plemion Beduinów. Księżniczka Alia ma to szczęście, że udało jej się utrzymać do tego czasu wszystkie siedem głównych rodów koni pustynnych. I hoduje naprawdę doskonałego konie. Jestem zbudowany ich jakością. Nie tylko ja, ale wszyscy odwiedzający nas hodowcy są nimi zachwyceni. Niektóre klacze są wręcz światowej klasy. Księżniczka niezbyt przepada za pokazywaniem tych koni, uważając, że to jest niepotrzebnie. Nie chce ich sprzedawać, bo to są wszystko jej dzieci. Jedynie między koronowanymi głowami następuje jakaś ich wymiana. Jednak pojedyncze konie były prezentowane, sam je nawet sędziowałem na międzynarodowych pokazach. Jest tam ogier Hlayyill Ramadan, który był czempionem świata w Paryżu i którego zresztą użyłem w Janowie również z bardzo dobrym skutkiem, bo jego wnuczka Prunella wygrała w 2016 roku czempionat Polski a w 2017 uzyskała najwyższą cenę na Aukcji. Jest tu również klacz Almasa, która była wice czempionką świata. Naprawdę te konie reprezentują wszystko to, czego się od koni arabskich powinno oczekiwać, a więc tą pustynną twardość, przy tym nie są tak wydelikacone jak niektóre współczesne konie, na przykład niektóre egipskie. Tutejsze konie ciągle zachowały doskonałą tkankę, doskonałą kość, duże kopyta, a przy tym mają zaskakująco dużo typu i urody. Ta stawka ponad dwudziestu ulubionych klaczy, które stoją obok biura, na które mogę zawsze popatrzeć, naprawdę zachwyca. Wszyscy, którzy przyjeżdżają tutaj doznają pozytywnego szoku na ich widok.

Panie prezesie, obserwuje pan rynek światowy, czy właśnie kraje arabskie są teraz liderem hodowli koni arabskich na świecie?

Na pewno są liderem. Inwestują duże pieniądze, kupują konie. Hodowcy kiedyś zawsze mówili nam na pokazach: „dobrze, że wy, Polacy, jesteście, to przynajmniej ktoś z Arabami walczy”. Podczas czempionatu świata na 10 klaczy wchodzących do finału potrafiło być siedem z Polski i trzy z krajów arabskich. Nie zawsze te polskie wygrywały. Oczywiście tamte mogły też wygrywać, natomiast polskie araby to była taka siła, która równoważyła trochę dominację krajów bogatych. Teraz tego zabrakło. To jest oczywiste i każdy to widzi. Oczywiście nikt nie stoi w miejscu i jest kilka tych bliskowschodnich stadnin, które naprawdę mają swoich wychowanków na najwyższym poziomie i one wygrywają bardzo dużo. Brakuje tych polskich koni na pokazach. To wszyscy widzą i to jest smutne.

Jaka jest tego przyczyna? Wiemy, że w 2016 roku odwołano z kierowania stadninami fachowców, czyli z Janowa pana, z Michałowa pana Jerzego Białoboka oraz panią Annę Stojanowską z Agencji Nieruchomości Rolnych, zaburzając dotychczasową hodowlę. Co się później wydarzyło? Konie zostały, a były to przecież dobre konie. Dlaczego one teraz nie wygrywają?

Ja ciągle pamiętam, jakim dla mnie był potwornym szokiem sposób przeprowadzenia aukcji w 2016 roku (chodziło o nieuczciwą licytację – red.). Teraz jak się słucha wiadomości z Polski, to już właściwie nic nie może dziwić, ale wtedy to było szokujące. Po prostu coś takiego do głowy nie przychodziło. Ta skala niekompetencji, nieuczciwości. Udzielałem wtedy po aukcji panu wywiadu i już wtedy powiedziałem, że to rujnuje zaufanie do polskiej hodowli, do polskich hodowców, polskich stadnin. A myśmy naprawdę ciężko pracowali, żeby utrzymać to zaufanie, które wypracowali nasi poprzednicy. Nie tylko utrzymać, ale żeby je rozwijać. Janów zawsze był takim miejscem, do którego przyjeżdżali hodowcy nie tylko po konie. Może te konie nawet nie były najdrożej sprzedawane, ale hodowcy przynajmniej wiedzieli, jaka jest właściwa, realna cena konia arabskiego uzyskana w uczciwej licytacji. Natomiast to, co wtedy się zdarzyło, zburzyło cały ten gmach, który budowaliśmy. I to był właściwie początek. To był taki najważniejszy moment. Jeszcze na następną aukcję ktoś tam przyjechał, próbował kupować, ale powtórzyła się znowu cała historia z tą nieuczciwością. I w zasadzie ludzie przestali mieć chęć przyjeżdżać.
To jest jedna rzecz. Druga rzecz - zniknęły polskie konie z pokazów. Zburzono cały z wielkim trudem zbudowany system przygotowania koni do pokazów, ich doboru. Przecież trzeba wiedzieć, które konie wybrać, jak się pokazuje, prawda?

A inne przyczyny?

Następną przyczyną było to, że podejmowano nieszczęśliwe decyzje hodowlane przez niewydarzonych doradców, którzy nie mieli z praktyką nic do czynienia. Opierano się na jakichś czy to legendach, czy też opiniach obiegowych, czy na sloganach reklamowych. To po prostu potworna niekompetencja. Poza tym braki w możliwościach i umiejętnościach gospodarowania. To wszystko spowodowało, że ten upadek jest taki głęboki. Jest to smutne. Początkowo były jeszcze jakieś sukcesy na pokazach. Były konie, które pokazywały się i wygrywały, ale po pierwsze – były to konie wyhodowane jeszcze przez nas, a te, które wygrywały później, w kolejnych latach, to już były konie sprzedane bądź wydzierżawione, a zatem niebędące już w polskich rękach. A zwykle za moich czasów ten proces zaczynał się w ten sposób, że wystawialiśmy w pokazach młode konie roczne, dwuletnie licząc, że będą się pięły w swoich karierach zdobywając tytuły. Dopiero później je sprzedawaliśmy. Teraz jest na szczęście ogierek michałowski, który wygrał czempionat Europy, ale to wciąż bardzo niewiele. I to wszystko jest smutnym i niezbyt ciekawym prognostykiem na przyszłość.

Teraz jest sezon źrebień. Śledzi pan te wyźrebienia w Polsce, czy rodzą się dobre konie?

Jedyny mój kontakt z polskimi końmi jest poprzez sędziowanie na pokazach. W minionym roku z oczywistych względów tych pokazów było o wiele mniej. W tym roku jednak znowu sędziujemy i patrzymy jakie są nowe, młode konie na świecie. I nie widać tych polskich koni. One naprawdę zniknęły. A najsmutniejsze jest to, że nie ma młodych polskich koni na pokazach, bo jak nie ma młodych, to nie będzie starszych.

Co jest tego przyczyną? Czy teraz się nie wykonuje jakieś pracy stadninach, która powinna zostać wykonana i dlatego ich nie ma na pokazach?

Trudno powiedzieć. Hodowla koni, cokolwiek by nie mówić, zawsze opierała się o ludzi. Ci ludzie realizowali swój pomysł, swoją wizję i próbowali wyhodować tego swojego idealnego konia. Nasi poprzednicy, panowie Andrzej Krzyształowicz i Ignacy Jaworowski wpoili w nas kardynalną zasadę, że każde następne pokolenie koni powinno być lepsze od poprzedniego i że mamy hodować przede wszystkim dobre konie, oczywiście w miarę możliwości. Nasi poprzednicy możliwości mieli niewielkie, gdyż byli za żelazną kurtyną, na wiele sposobów odcięci od świata. Chodziło nie tylko o niemożność poruszania się po świecie, ale też kwestie ekonomiczne – polska złotówka znaczyła strasznie mało i nie stać ich było na prawdziwą, prowadzoną na równych zasadach współpracę z Zachodem. Ale naszą pierwszą zasadą było hodować konie dobre i starać się utrzymać polski typ konia. A potem, kiedy myśmy odeszli, zaczęły się jakieś dziwne działania. Pojawili się doradcy, którzy bardziej z literatury, czy ze statystyk i historii czerpali swoją wiedzę. I na przykład decyzja o użyciu w hodowli pewnych ogierów była niezrozumiała. I ta myśl hodowlana, której przestrzegaliśmy, chęć wyhodowania tego idealnego konia nie została kontynuowana. Mnie jest trudno oceniać, być może ja się mylę, być może ten mój idealny koń nie był tym właściwym. Natomiast jakoś te „nasze” konie dobrze się prezentowały na świecie.

Zdobywały nagrody.

Wygrywały. I to jest właściwie w tej chwili jedyną możliwością oceny sukcesów hodowlanych. Nie ma innych. Albo konie wygrywają na wyścigach, albo na pokazach, albo wygrywają rajdy. Nasze konie na wyścigach szans większych nie miały. Myśmy się starali te wyścigi zawsze traktować jako nie cel, a element selekcji hodowlanej, jako próbę dzielności. Nam nie chodziło o wyhodowanie najszybszych na świecie koni arabskich. Natomiast chodziło nam o to, żeby ten koń arabski był prawdziwym koniem wierzchowym, żeby zdał tę próbę, żeby odbył roczny czy dwuletni trening na torze wyścigowym i wrócił zdrowy do stadniny. W czasach przemian udało się nam ogromnym wysiłkiem to utrzymać. W dawnych czasach, za tak zwanej komuny, trening na torze wyścigowym był bezpłatny, później tor wyścigowy się sprywatyzował i dla stanin państwowych, które musiały mieć w treningu kilkadziesiąt koni, koszty stały się gigantyczne. Szukaliśmy różnych metod, żeby jednak ten trening można było utrzymać. Dlatego powstała stajnia wyścigowa w Janowie, po to, żeby pomniejszyć koszty, poprawić jakość treningu i warunki utrzymania koni. No ale przede wszystkim, żeby móc mieć szybki wpływ na selekcję na to, co się z tymi wyścigowcami dzieje. I to jeszcze do tej pory funkcjonuje i dzięki temu te konie zachowują swoje zdolności współpracy z człowiekiem, zachowują zdolność do tego, żeby być dobrymi towarzyszami wierzchowymi człowieka. Polskie konie zawsze charakteryzował dobry charakter, brak agresji, łatwość, we współpracy z człowiekiem. I wciąż jest to charakterystyczne dla polskich koni. Zostaje tylko jeden sposób porównania się ze światem - przez pokazy koni arabskich. Jeżeli się połączy te cechy wierzchowe, które nasze konie arabskie zachowują z doskonałym typem i doskonałym ruchem, to może przynieść sukcesy na pokazach. Wtedy prestiż i ranga hodowli krajowej będą na właściwym poziomie.

Kiedyś działano według zaplanowanej koncepcji hodowlanej. Sądzi pan, że teraz jest ta koncepcja?

Nie ma żadnej koncepcji, bo nie może być, jeżeli zajmują się tym ludzie, którzy nie są fachowcami. Jak można nazwać to co się działo w stadninach arabskich, szczególnie w Janowie? Jest to festiwal niekompetencji, nie wiem czy jeszcze nieuczciwości. Najprawdopodobniej również też. Ja to widzę jako totalną głupotę, bo tylko człowiek głupi bierze się za coś, o czym nie ma zielonego pojęcia. Tylko człowiek głupi nie ma wątpliwości, prawda? Nie można generalizować, ale tutaj akurat jak soczewce to się wszystko skupia i sprawdza. I takie są tego efekty.

Finansowo także jest bardzo źle. Pieniądze za nagrody w czempionacie ubiegłorocznym jak się okazuje nie zostały dotąd stadninom wypłacone.

To jest kropla w morzu potrzeb. Najgorsze były te wieści, które się rozchodziły ze stadniny janowskiej, że konie nie miały ściółki, w błocie stały, miały kopyta zaniedbane, a krowy nie były właściwie żywione i traktowane i przez to nie było odpowiedniej produkcji mleka. Wszystko można jakoś tam próbować przykrywać, ale człowiek, który zna się, fachowiec, błyskawicznie wyłapuje te nawet częściowe informacje. Jak wybuchła cała wspomniana historia, pan minister Ardanowski powołał komisję profesorów weterynarii, którzy – choć trudno im było ministrowi mówić całą prawdę - powiedzieli bardzo wiele. Dla fachowca to było wystarczające, co wtedy powiedzieli. Mówili, że kondycja koni nie była najgorsza, kiedy już konie wyszły na trawę. Oczywiście, że wtedy nie była już najgorsza, ale z załączonych dokumentów wynika, że konie nie miały podcinanych kopyt przez siedem miesięcy! To jest sprawa właściwie do prokuratora, kryminalna, bo to jest znęcanie się nad zwierzętami, nie mówiąc już o uszczupleniu dorobku państwowego. Te konie są potem bezużyteczne. Najczęściej zmiany rosnących organizmów końskich postępują tak daleko, że są nieodwracalne i tutaj najlepszy kowal czy lekarz nic nie jest wstanie poradzić.

Sprawa krów - co pan profesor miał powiedzieć w obecności ministra? No powiedział, że powinno się poprawić jakość mleka, czy zwiększyć ilość mleka w klasie ekstra. Co znaczy zwiększyć ilość mleka w klasie ekstra? Mleko w 100 procentach powinno być w klasie ekstra, bo inaczej nie ma właściwej ceny. A jak nie ma ceny to jest sprzedawane poniżej kosztów produkcji. A jeżeli jeszcze w dodatku te zwierzęta są źle traktowane, to również ta produkcja jest niższa, co zresztą widać z oficjalnych bo publikowanych materiałów.

W związku z tym sytuacja jest naprawdę tragiczna i nie da się tego zaklajstrować. Teraz ogłoszono, że stadnina w Janowie została dokapitalizowana kwotą 7 milionów złotych. Mówi się, że na inwestycje. Aby tak było, to trzeba mieć cel i pomysł na inwestycje. A to pewnie pójdzie na przejedzenie. I to nie zmieni niczego. Za chwilę będzie potrzeba następnych 7 milionów. Jeżeli już teraz nie jest potrzebne.

Czy widzi pan jakąś receptę jak poprawić to, co zostało zepsute? Można powrócić do poprzedniego stanu?

Ja nie jestem w stanie tego powiedzieć, jak można wrócić do poprzedniego stanu, gdyż nie bardzo wiem, jaki ten stan jest obecnie. Wiem natomiast, że odbudowanie czegokolwiek w hodowli to nie jest sprawa prosta, a odbudowanie w takiej dużej stadninie, która jest przedsiębiorstwem dość skomplikowanym jest szczególnie trudne. Z tego, co się słyszy, to tam trzeba odbudowywać prawie wszystko. Bo jeżeli koniom nie wystarcza paszy i trzeba kupować siano w sytuacji gdy stadnina gospodaruje na 700 hektarach łąk, jeżeli stadnina ma 750 hektarów „pod pługiem”, ma sąsiadów, którzy uprawiają zboże i brakuje jej słomy, to coś jest nie tak. Jeżeli stadnina ogłasza się, że sprzedaje jałówki cielne, że w kryzysowym roku oferuje na sprzedaż siano, to znaczy, że umiera z głodu - musi sprzedać fabrykę zamiast produktu. Przecież bez jałówek cielnych nie można sobie wyobrazić ciągłości pracy w oborze. Takie wiadomości, które dla laika może nic nie znaczą, są szokujące dla mnie i pokazują realny stan firmy w ogóle.

Zatem po pierwsze, trzeba odbudować zaufanie do stadniny, co potrwa na pewno długo. Trzeba odbudować prawdopodobnie kwestię opieki nad zwierzętami. No, jest wiele do naprawienia. W hodowli od momentu, kiedy się podejmie jakąś decyzję hodowlaną, powiedzmy o połączeniu odpowiedniej klaczy i ogiera do efektu tej decyzji mijają lata. Więc z jednej strony psuje się dość szybko, ale naprawia bardzo, bardzo, bardzo powoli.

Jedną z recept, może jedyną, jest zatrudnienie osób, które, które się na tym znają?

To jest w ogóle warunek sine qua non. Jak można sobie wyobrazić prowadzenie stadniny? Zawsze te stadniny, które się liczyły, opierały się o jakiegoś fachowca. Mówię nie tylko o stadninach arabskich, ale też pełnej krwi angielskiej. I w Polsce i za granicą – wszędzie. Zawsze mają one kogoś z wizją. Taki człowiek z wizją jest nam potrzebny.

Czy wróciłby pan do stadniny w przyszłości, gdyby się pojawiła taka możliwość?

To jest sporo za późno. Ja jestem w tej chwili emerytem i nie mam czasu. Bo, żeby to wszystko postawić na nogi, żeby mieć jakieś pozytywne efekty, trzeba więcej czasu niż ja mam.

A czy w Polsce są osoby, które mogłyby się podjąć takiego zadania, osoby które mają taką wiedzę?

Może są. Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych, są tylko ludzie trudni do zastąpienia. Trzeba szukać.

Ale pan i pan Białobok mieliście właśnie tych nauczycieli, przy których przez lata nabieraliście doświadczenia. A takich osób nie ma w tej chwili.

Była próba współpracy z panią Anną Stojanowską, która pełniła funkcję naszego inspektora i naszą filozofię hodowlaną doskonale rozumiała i znała. Ona starała się pomóc, ale w pewnym momencie tylko czara goryczy się na nią wylała - za dobre chęci, za chęć ratowania tego, co jeszcze jest do uratowania. Ja sobie nie wyobrażam w ogóle współpracy z tym całym towarzystwem, z tą grupą ludzi, która jest w tej chwili. I jeszcze ten tak zwany klimat polityczny. W poprzednich latach, nawet tych komunistycznych, nikt się ani dyrektorowi Krzyształowiczowi, ani mnie specjalnie nie wtrącał w to co zrobimy. W tej chwili się wtrącają prawie we wszystko. Ja sobie tego nie wyobrażam, bo albo ja biorę za coś odpowiedzialność, podejmuje decyzje i za nie odpowiadam, albo kto inny te decyzje podejmuje. Wtedy niech on bierze odpowiedzialność. Takich przejrzystych zasad w tej chwili nie można się spodziewać

Rozmawia pan z hodowcami zagranicznymi. Czy można jakoś odbudować ich zaufanie do polskiej hodowli?

Ta ekipa nie robi żadnych kroków w tym kierunku, żeby ktokolwiek miał do nich zaufanie czy za granicą, czy w kraju, poza ich wiernymi wyznawcami. Natomiast jeżeli chodzi o szersze spojrzenie, to oczywiste jest, że jeżeli warunki by się zmieniły na tyle, że byłaby taka możliwość, to nie odmówimy nigdy pomocy, ani ja, ani pan Białobok. Przecież te stadniny, to było całe nasze życie przez kilkadziesiąt lat i jeżeli by ktokolwiek takiej pomocy od nas oczekiwał, to nie odmówimy. Ja tylko mówię, że jesteśmy już w takim wieku, że nie można się spodziewać, że zdołamy to odbudować. Po prostu nie mamy na to czasu. W hodowli, w rolnictwie na efekty się czeka bardzo długo, a my jesteśmy emerytami. Tutaj trzeba kogoś młodszego.

A czy polska hodowla koni arabskich nadal ma te końskie perełki, z których zawsze słynęła?

Prestiż hodowli przejawia się wtedy, kiedy ona porównuje się ze światem i wychodzi na tym porównaniu lepiej niż inne. Ludzie, którzy nie mogą sprawić by ich hodowla była lepsza od innych, poszukują takiej konkurencji, w której będą lepsi. Są pomysły - nawet powstało towarzystwo hodowców polskich koni arabskich – by hodować konie najbardziej polskie z całego świata. One będą najlepsze, bo polskie. Jak się nie może wygrać mistrzostw świata, to się tworzy konkurencję, w której nikt inny nie startuje i wtedy jest się samemu najlepszym. To jest to do pewnego stopnia żart, ale też zahaczający o rzeczywistość.

Co budowało prestiż polskiej hodowli? Jakość koni, to, że one się spotykały na neutralnym gruncie z końmi zagranicznymi i wygrywały. Jeżeli tego nie będzie, to jak udowodnić, że ten koń jest lepszy? Tym, że jest najbardziej polski? Jeżeli nie będzie jakości, nie będzie też cen, a jeżeli nie będzie cen, to nie będzie opłacalności hodowli, która jakimś cudem - bo to są gigantyczne koszty – do niedawna się sama utrzymywała. Cudem nam się udawało pokrywać to z własnej działalności, czyli ze sprzedaży koni i innych działalności rolniczych.

To nie było wcale łatwe, o czym nasi następcy się szybko przekonali. Przed wojną na przykład dyrektor Pohoski w Janowie nie musiał niczego sprzedawać. On sprzedawał tylko to, co mu było niepotrzebne. A ten model biznesowy, który nam narzucono, w którym stadniny są spółkami z o.o. i muszą się same utrzymać powodował konieczność innego działania. Czasami powodował konieczność pozbywania się pewnych koni, których w innych warunkach byśmy się nie pozbywali. Tylko po to właśnie, żeby zyskać przychody, a z drugiej strony, renomę światową. Nie bardzo w tej chwili widzę rozwiązanie. Oczywiście przyjdzie ktoś mądrzejszy i to wymyśli, ale ja w tej chwili nie jestem w stanie sobie tego jakoś poukładać.

Chciałem optymistycznie podsumować tę rozmowę, ale mało tego optymizmu.

Optymistyczne jest to, że wszystko się zmienia, że nic nie trwa wiecznie. Kto z nas spodziewał się, że taka potęga jak nasz sąsiad ze wschodu się przewróci w pewnym momencie? Pan jest tym wieku, że pan to uczucie też przeżywał. Wszystko się zmienia. Ja myślę, że cokolwiek by się nie działo, to polskie stadniny państwowe - które może w tej chwili trudny okres przeżywają i może nie ma jakiegoś zrozumienia dla tego co się z nimi dzieje – mogą jednak liczyć na przychylne podejście do polskiej hodowli koni arabskich. Wierzę, że jej odbudowanie jest możliwe. Trzeba będzie tylko udowodnić, że się działa uczciwie i fachowo. I tyle.

Dziękuję za ten optymistyczny akcent na koniec i dziękuję za rozmowę.

Trzeba być optymistą. Nie dać się wprowadzić w fatalistyczne nastroje.

Nie dla szczepionki AstraZeneca

Wideo

Materiał oryginalny: Marek Trela: Stadnina w Janowie to było moje życie. Nie odmówiłbym jej pomocy, gdyby pojawiły możliwości - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie