Pontonem na spacer z psem, w odwiedziny do siostry i... po flaszkę. Osiedle Kozanów we Wrocławiu 24 lata po powodzi (PRZECZYTAJ REPORTAŻ)

Robert Migdał
Robert Migdał
Kozanów we Wrocławiu. 1997 rok
Kozanów we Wrocławiu. 1997 rok archiwum Polska Press
Udostępnij:
Kozanów we Wrocławiu. Po lipcu 1997 roku osiedle-symbol Powodzi Tysiąclecia: woda wlewała się tam ludziom do domów, zabierając niejednokrotnie dorobek życia, a ulicami płynęła rzeka, po której zamiast aut, sunęły potężne amfibie. Jak 24 lata później tamto upalne lato wspominają mieszkańcy sypialnianego osiedla na zachodzie Wrocławia sprawdzał Robert Migdał

Po jednej stronie domy jednorodzinne i niskie, wielorodzinne domki - z ogródkami, tuż przy parku. Po drugiej potężne blokowiska z wielkiej płyty ciągnące się setki metrów wzdłuż ulicy i wieżowce strzelające w górę na 10 pięter, obudowane dokoła parkingami, na których samochód stoi przy samochodzie. Tylko gdzieniegdzie, między blokami, jak rodzynki w cieście, powtykane są stare, małe domki - tam gdzie teren jest wyżej, gdzie bezpieczniej, gdzie woda nigdy nie dochodziła.

Kliknij w link i zobacz mnóstwo zdjęć z powodzi z 1997 roku

Bo bloków na Kozanowie nie powinno być - przed II wojną światową Niemcy traktowali tereny dzisiejszego osiedla jako terytorium zalewowe: gdy wody w Odrze i Ślęzie było za dużo, to trafiała właśnie do kozanowskiej, głębokiej niecki. Pod koniec lat 70-tych właśnie w tej niecce zaczęto stawiać osiedle. W 1997 roku wszyscy przekonali się, że to był błąd. Wielki błąd.

Strach w człowieku siedzi

Lipiec 2021. Ostatnią noc i pół dnia lało, jak z cebra. Na ulicach kałuże schną szybko w upalny dzień. Gdzieniegdzie błoto, połamane gałęzie na drodze. Od czasu do czasu jeszcze kropi.
- Wie pan, strach jakiś jednak cały czas w człowieku siedzi, kiedy tak mocno pada. Tylko powodzianie to zrozumieją - kręci głową pani Helena, którą spotykam w parku na Kozanowie. - Niby wał przy rzece jest, mocny, nowy, kilka lat temu postawiony. Niby powódź nam nie grozi, ale kiedy lipiec przychodzi i deszcz leje, jakby sam Pan Bóg kran odkręcił w niebie, to człowieka jakiś taki dreszcz przechodzi... - dodaje.
Przy parku osiedle domków jednorodzinnych - poniemieckich, ale i tych nowszych z czasów Polski Ludowej. To tak zwany Stary Kozanów.

Arka Noego na półpiętrze

Renata Bator z ul. Trzebowiańskiej bardzo dobrze pamięta lipiec 1997 roku.
- Wiedzieliśmy, że idzie wielka woda, że może nas zalać - wspomina. - Tato wcześniej wywiózł auto w bezpieczniejszą cześć Wrocławia, na Kuźniki. Kupiliśmy, jak kazali w ogłoszeniach, baterie - żeby komunikatów z radia móc słuchać, świeczki, zapasy jedzenia. No i wodę. Wodę też kazali trzymać w garnkach i wannie - na czarną godzinę. Nasza sąsiadka, pani Zosia z domku na przeciwko, też nałapała zawczasu całą wannę wody, tylko, że jakoś z głowy jej wypadło, że łazienkę miała... w piwnicy. I na nic się to zdało, bo piwnicę od razu jej zalało. No i wannę też - wspomina Renata Bator.
Gdy nadchodziła woda, ratowano, co się da. Z niższych pięter wynoszono rzeczy na wyższe, co cenniejsze do sąsiada na górę.
- No i zwierzaki trzeba było ratować. Mama hodowała na ogródku koło domu kury i króliki. Cały zwierzyniec trafił na klatkę schodową naszego domu, na półpiętro. I kot, i pies był. Taka Arka Noego - Renata Bator uśmiecha się na wspomnienie tego zdarzenia.

Martwe zwierzęta płynęły środkiem ulicy

Gdy zalewało już Wrocław od wschodu, ludzie na Kozanowie godzinami układali worki z piaskiem budując małe tamy na prawie każdej ulicy, wzmacniali wał. - Mężczyźni sypali piasek do worków, kobiety wiązały worki. I tak w kółko. Na nic się to jednak zdało, bo woda przyszła tak wielka, że zalało nam od razu garaże, piwnice. Ale najpierw zaczęły wybijać studzienki, potem woda przyszła od strony parku... Do domów się nie wdarła, ale cały czas obserwowaliśmy, na ścianie z cegłówek, o ile poziom wody się podnosi. "O, jedna cegła w górę. O jedna w dół" - Renata Bator wspomina prowizoryczny wodomierz.
Prąd wyłączyli od razu. Wody też nie było. - W domu mieliśmy butlę gazową z palnikiem i na niej mama obiad gotowała - wspomina pani Renata.
Przez kilka dni tylko było słychać helikoptery latające nad głowami. A poza tym cisza. Głucha cisza. - No i czuć było smród. Straszny smród wody pomieszanej z czym się dało, która była wszędzie dookoła - dodaje pani Renata.
Uwięzieni w domu przez kilka dni, jedni płakali, rozpaczając nad ogromem tragedii, inni martwili się o najbliższych. - Sąsiad, pan Bazyli był bardzo chory i musieli go helikopterem zabierać z domu. I martwiliśmy się o sąsiadkę Elę, co w ósmym miesiącu ciąży była: czy aby ze stresu nie urodzi szybciej. Poza tym rozmawialiśmy z sąsiadami i patrzyliśmy, co danego dnia akurat płynie ulicą - głównie to były martwe zwierzęta. Że też żadna epidemia nie wybuchła tego lata... - kręci głową Renata Bator.

Kliknij w link i zobacz o czym pisały gazety w lipcu 1997 roku

Wodę najpierw było słychać

Kilka ulic dalej, w domku jednorodzinnym na ul. Dziadoszańskiej, powodziowe lato 1997 spędził Mirosław Zieliński. Najpierw, zanim zobaczył nadciągającą wodę, to ją usłyszał.
- Sypaliśmy piasek do worków i nagle szum: jakby liście i gałęzie ktoś po ulicy ciągnął. I po chwili zobaczyliśmy wodę: strużkami płynęła, za chwilę strumieniem, potem falą. Szybko się podnosiła, tak, że do zalanego domu musiałem już wracać dookoła, miejscami gdzie było wyżej - wspomina pan Mirek.
Pamięta strach. Wszyscy się bali. Bez wyjątków. I niepokój. Ten też dotknął wszystkich. Bo nie było wiadomo - co dalej, czy wody będzie więcej, jak długo się utrzyma...
- Głodni nie byliśmy. Amfibią nam dowozili wodę, jedzenie. Tylko, że pozalewało nam domy. Samochód za dom handlowy Astra na Gądowie wywieźliśmy, ciocia jedzenie z zamrażarek do znajomych na Muchoborze, żeby się pomrożone zapasy nie popsuły, bo prądu przecież nie było. Ale to, czego nie dało się wynieść - przepadło. Wszystko, co woda powodziowa zalała, trzeba było wyrzucać, łącznie z przetworami zamkniętymi w słoikach: śmierdziało to okropnie. Przed każdym domem stał kontener i do niego trafiały śmieci, mnóstwo śmieci... - dodaje pan Mirosław.

Trzy metry wody w fabryce lodów

Parę ulic dalej, w blokach między ulicami Celtycką i Kozanowską, na parterze ma

Wideo

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

W
Wrocławianka ze SP nr 1
Powstało pismo uczennic SP 4, 93?, 97? Dominiki Uczkiewicz (DU) i Marii Zabierowskiej (MZ) pt. "DUMZ" (od byc dumnym, czego zabrakło władzom Wrocławia), w którym wyśmiano graniczną nieudolność wojewodów, marszałków, geodetów, władz wojewódzkich, marszałkowskich, miejskich, gminnych i wyjaśniano jak to Zdrojewski wpłynął na wielkiej fali powodziowej do senatu.
Dodaj ogłoszenie