To był największy wyrzut gazu w Europie w wyrobiskach korytarzowych. Ludzi uratowali górnicy KWK Victoria w Wałbrzychu. Zapomniana historia

Adrianna Szurman
Adrianna Szurman
Ludzi uratowali górnicy KWK Victoria w Wałbrzychu. Na zdjęciu biorący udział w akcji z lewej Jan Laskowski i Henryk Sabok. Na zdjęciu z prawej Henryk Sabok w kopalni
Ludzi uratowali górnicy KWK Victoria w Wałbrzychu. Na zdjęciu biorący udział w akcji z lewej Jan Laskowski i Henryk Sabok. Na zdjęciu z prawej Henryk Sabok w kopalni
Udostępnij:
Henryk Sabok, górnik z Wałbrzycha wspomina akcję ratunkową sprzed 40 lat na szybie Barbara w Boguszowie - Gorcach. Jak mówi, to był największy wyrzut gazu w historii europejskiego górnictwa w wyrobiskach korytarzowych. Grupa pracowników KWK "Victoria" w Wałbrzychu uratowała życie sześciu kolegom. Zginęła tylko jedna osoba, Teodor Jerzyk, ale on nie miał szans... Jego śmierć przyczyniła się jednak do zmiany procedury na kopalni przy zagrożeniach wyrzutem gazów i skał... Przeczytajcie historię, którą pamięta już niewiele osób

Pan Henryk do dziś pamięta każdą chwilę spędzoną pod ziemią 20 czerwca 1981 roku w okolicach szybu Barbara w Boguszowie - Gocach. Pamięta nieprzytomnych kolegów i dramatyczną akcję ratunkową, której podjęli się pracownicy wydziału Energo Maszynowego KWK Victoria w Wałbrzychu.

Przy drążeniu podziemnego przekopu między szybem Barbara a przekopem Victoria Witold zapadła decyzja, że należy wykonać centralne strzelanie materiałem wybuchowym w przodku przy pokładzie 661. Górnicy wiedzieli, że jest tam metan, bo już przy wierceniu pokładów, gaz odrzucał trzymane przez nich maszyny. Dlatego zapadła decyzja, że strzelanie odbędzie się spod szybu Barbara na poziomie siódmym, czyli ludzie będą znajdować się kilometr od miejsca wybuchu.

Nikt nie spodziewał się jednak, tego co nastąpi później. Nastąpiła potężna eksplozja. Jak się okazało metan wyrzucił tysiąc ton urobku i 120 tysięcy metrów sześciennych gazów, obejmując prawie cały rejon szybu Barbara. Jeszcze przez miesiąc po tym wydarzeniu, spod ziemi wydobywano pogięte rury, lutnie, wozy do transportu urobku... Cudem ocalono sześciu górników znajdujących się w strefie zagrożonej.

Bohaterską akcję poprowadził główny mechanik kopalni Victoria inż. Franciszek Mikuta, a pomogło mu sześciu ochotników: Janek Laskowski (elektryk), Antoni Mełech (szybowy), Czesław Mizgalski (szybowy), inż. Mirosław Kościówko (sztygar), inż. Roman Bucholc (kierownik oddziału energo-maszynowego), Henryk Sabok (sztygar).

- To była akcja ratownicza po największym wyrzucie gazów w historii górnictwa europejskiego przy prowadzeniu wyrobisk korytarzowych - wspomina. I opowiada, że miał wtedy 30 lat i 10 lat doświadczenia jako technik elektromonter urządzeń górniczych. Cieszył się, bo awansował właśnie na sztygara zmianowego.

Feralnego dnia, razem z kolegami miał poprowadzić kabel energetyczny w szybie z rozdzielni głównej wysokiego napięcia na powierzchni do nowej rozdzielni przy szybie Barbara (na poziomie +70, czyli ok. 500 metrów pod ziemią). A to nie taka prosta sprawa. Taki kabel na bębnie waży kilka ton! A całą akcję poprzedza tydzień przygotowań.

- Dzień wcześniej dowiedziałem się, że Przedsiębiorstwo Robót Górniczych PRG będzie strzelać przodek korytarzowy w przekopie kierunkowym od szybika 4 do przekopu kierunkowego Victoria - Witold na poziomie - 50. Strzelanie zaplanowano na popołudniowej zmianie przy podszybiu szybu Barbara - wspomina pan Henryk i dodaje, że kierownik Roman Bucholc miał tak zaplanować prace z opuszczaniem kabla, by obsługa szybika 4, obstawa i pracownicy PRG zostali opuszczeni na dół między godz. 13.30 i 14.00, a szyb miał być udostępniony do strzelania od godz. 17.00.

Prace przy układaniu kabla zakończyły się przed godz. 17.00, zostały jeszcze roboty na powierzchni. Pracownicy 24 oddziału energo-maszynowego i 36 oddziału szybowego poszli coś zjeść do warsztatu, a główny mechanik i kierownik oddziału 24 do biura inż. Jerzego Kamińskiego, prowadzącego centralne strzelanie.

- Około godz. 17.30 do warsztatu wbiegł sygnalista z szybu i strzałowy z PRG Wojciech Stóś, który wyjechał z poziomu +70. Strzałowy alarmował, że w czasie strzelania nastąpił wyrzut gazów z zasięgiem aż do szybu Barbara i tylko on zdążył na czas założyć aparat ucieczkowy z tlenem przed uderzeniem fali gazów i pyłów. Pozostali są zatruci i wywracają się tak, że nie był w stanie im pomóc. Uznał, że tylko wyjeżdżając na powierzchnię może sprowadzić pomoc - wspomina Henryk Sabok.

- Pobiegliśmy do biura, w którym był inż. Kamiński, główny mechanik Franciszek Mikuta i inż. Bucholc. Już wiedzieli, ze coś się stało... Inżynier Mikuta kazał Kamińskiemu dzwonić do dyspozytora po ratowników i karetki pogotowia. Zaś inż. Kościówko mnie i sztygarowi polecił zorganizować po dwóch pracowników z oddziału 24 i 36 na ochotnika do ratowania tych na dole. Mamy zabrać po trzy aparaty ucieczkowe, przyrząd do pomiaru gazów, a także aparaty ucieczkowe i lampy dla niego i inż. Bucholca. Mamy czekać na nadyszybiu Barbary. Wybiegając z biura, usłyszałem jeszcze, jak Kamiński mówi "Franek, dziękuję" - wspomina pan Henryk.

Na miejscu dowiedzieli się od sygnalisty, że na kilka minut powietrze jakby stanęło i zrobiło się ciepło. To źle wróżyło, bo w szybie Barbara jako "wdechowym" zawsze było zimno. Zapadła decyzja o zjeździe na dół. Mikuta mówi, że nikt nie może nic robić bez jego zgody i wszyscy mają przede wszystkim pilnować aparatów...

Jazdę tzw. rewizyjną prowadzi Antoni Mełech. na poziomie + 70 jest jasno, ale nikogo nie widać... Mierzą poziom gazów. Nad głową jest dobrze, na wysokości kolan 4 proc. Inżynier Mikuta, jakby chcąć dodać otychy pozostałym, wyciąga ustnik i osobiście sprawdza, czy jest bezpiecznie. Mówi, że jest dobrze, bo nie widać ludzi, ale nie widać też pozostawionych rzeczy, aparatów, lamp. To znaczy, że uciekli.

- Główny mechanik stwierdza, że zatruci wiedzieli tylko jedno - uciekać do prądu świeżego powietrza, to znaczy przekopu kierunkowego Victora - Witold (ok. 200 metrów dalej). Mają ruszyć jeden za drugim i szukać ludzi. Kto pójdzie pierwszy? Kolega Janek Laskowski mówi do mnie, "Heniek, w razie czego masz mnie stąd wyciągnąć".

Pierwszy idzie Janek, zanim ja, za mną kierownik oddziału 24 inż. Bucholc, później szybowy Antoni Mełech, szybowy Czesław Mizgalski, sztygar inż. Mirosław Kościówko i na końcu inż. Franciszek Mikuta.

- Po kilkudziesięciu metrach zobaczyłem, jak z przekopu walą kłęby dymu i pyłu, jakich jeszcze na dole nie widziałem. Po następnych kilkudziesięciu metrach widoczność poprawiła się na tyle, że na skrzyżowaniu przekopów IV i Victoria - Witold zobaczyłem nieruchome światła lamp górniczych... Kilka metrów dalej na spągu siedziało dwóch górników, bez kontaktu. Ustniki aparatów ucieczkowych leżały na spągu. Razem z Jankiem założyliśmy temu pierwszemu ustnik nowego aparatu tlenowego i zaczęliśmy go cucić, po chwili sygnalista zaczął dochodzić do siebie. W tym czasie następnego ratował inż. Bucholc i szybowy Mełech. Na skrzyżowaniu przekopów siedział inspektor strzałowy, którego ratowali Kosciówko z Mizgalskim. Po lewej stronie w kierunku szybu Witold pod telefonem siedział maszynista. Trzymał się za nos i oddychał przez usta wciągając gazy. Był nieświadomy. Założyłem mu nowy aparat. W tym czasie widziałem, jak pracownik dozoru PRG próbował wstawać i ciągle się wywracał między torowiska. Sztygara zatrzymał inż. Mikuta i podał mu nowy aparat.

Tego dnia życie stracił Teodor Jerzyk, urodzony 21 czerwca 1939 roku, górnik kopalni Victoria od stycznia 1959 roku. W artykule Pawła Bryszkowskiego w Niezależnym Słowie Solidarność, Inżynier Franciszek Mikuta mówił:

"Jeżeli chodzi o Jerzyka, to prawdopodobnie zauważył zmianę w powietrzu, czy jakiś inny objaw i zamiast sięgnąć po aparat ucieczkowy, wziął słuchawkę telefonu i tak go już znaleziono, ze słuchawką w ręce. Chciał przede wszystkim powiadomić inż. Kamińskiego, wywiązać się z obowiązku... W przekopie dla kruszarki Jerzyk nie miał dużej widoczności, kilkanaście do 20 metrów. Gdyby oczekiwał na odstrzał ładunków z założoną maską, to by się uratował...". Ale taka była wtedy procedura.

Jeden z ratowanych sztygarów Czesław Monarcha tak wspominał te chwile na łamach pisma. "Przyznaję uczciwie, zapomnieliśmy o Jerzyku. Poza tym, żeby go uratować, trzeba byłoby pójść 60 może więcej metrów w głąb nadchodzącego gazu. Wątpię, żeby ktokolwiek z nas był na tyle silny, by tego dokonać. Aparaty ucieczkowe, jak sama nazwa wskazuje, służą do ucieczki i zdały egzamin, bo uratowały nam życie. Lecz do niesienia pomocy innym potrzebne są aparaty takie, jakie mają ratownicy. Podziwiam tych, którzy zabezpieczeni tylko w te aparaty ucieczkowe przyszli nam z pomocą. Na powierzchni, gdy zaczerpnąłem świeżego powietrza, zacząłem dochodzić do siebie. Byłem w szoku, wszystko dochodziło do mnie z innego świata, jak spoza mgły. Chciałem tylko pić i pić".

Jak tłumaczą górnicy, ustnik aparatu trzeba trzymać w zębach. Jeden nieuważny ruch, jeden haust gazu wciągnięty do płuc i prawie natychmiast uginają się nogi, a kilka sekund później człowiek traci przytomność.

Jak wspomina Henryk Sabok opis tego wypadku na łamach, prawdopodobnie spowodował, że w następnych latach, w poniedziałki na odprawach z pracownikami zaczęto odczytywać komunikaty wypadków górniczych w Polsce. Ten wypadek przyczynił się też do zmiany sposobu komunikowania się z centralą telefoniczną w czasie zagrożenia wyrzutem gazów i skał. Od tego czasu procedura zakłada, że pierwszą czynnością było założenie aparatu ucieczkowego, a następnie sięgnięcie po telefon stacjonarny. Telefonistka z centrali przy braku kontaktu zadawała pytania, a zagrożona osoba potwierdzała lub zaprzeczała uderzeniem w słuchawkę.

Po trzech miesiącach komisja badająca przyczyny wypadku zamknęła dochodzenie. Po dwóch zorganizowano uroczyste spotkanie, na którym bohaterom wręczono dyplomy "za odwagę i poświęcenie w ratowaniu życia ludzkiego podczas akcji ratowniczej w dniu 20.06.1981 i 124 zł nagrody, a główny mechanik i kierownik oddziału 24 dodatkowo zwrot kosztów za zniszczone ubranie". Dziś większość wspomnianych ratowników odeszła już na wieczną szychtę, ale pamięć po nich pozostanie choćby we wspomnieniach Henryka Saboka na naszych łamach.

- Ta pamięć należy się nie tylko ochotnikom z kopalni, czy Franciszkowi Mikucie, który poprowadził akcję, ale także ich rodzinom i dzieciom. Część z nich nie wiedziała nawet o tym, co tam się wydarzyło.

Ludzi uratowali górnicy KWK Victoria w Wałbrzychu. Na zdjęciu biorący udział w akcji z lewej Jan Laskowski i Henryk Sabok. Na zdjęciu z prawej Henryk Sabok w kopalni

To był największy wyrzut gazu w Europie w wyrobiskach koryta...

Ruszyła budowa bariery na granicy polsko-białoruskiej

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie