W piątek, 21 września w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu pierwsza premiera w sezonie - „Duchologia polska"

Teatr Dramartyczny Wałbrzych
W piątek, 21 września w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu pierwsza premiera w sezonie - „Duchologia polska"

„Duchologia polska", pierwsza premiera sezonu artystycznego w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu już w piątek, 21 września.

Spektakl jest koprodukowany z Teatrem Zagłębia w Sosnowcu [TZS].

Niestandardowa opowieść o duchach i mitach polskiej transformacji – zjawisku, które do dziś pozostaje nieprzeniknione mimo licznych publikacji i analiz. „Transformacja” to słowo klucz i fundament rodzimej narracji lat 90. A gdyby dane nam było postawić pierwszy krok w demokrację i w kapitalizm raz jeszcze? Czy jest możliwa inna historia Polski po 1989 roku? W DUCHOLOGII POLSKIEJ ideologia miesza się z baśnią, nauka z mitem, a wiara z magią.

DUCHOLOGIA POLSKA

Reżyseria: Jakub Skrzywanek

Tekst i dramaturgia: Paweł Soszyński

Inspirowane stroną internetową i książką Olgi Drendy

Scenografia i kostiumy: Anna Maria Karczmarska i Mikołaj Małek

Reżyseria światła: Piotr Nykowski

Muzyka: Kamil Tuszyński

Choreografia: Oskar Malinowski

Obsada: Natasza Aleksandrowitch [TZS], Agnieszka Bałaga-Okońska [TZS], Angelika Cegielska, Irena Sierakowska, Irena Wójcik, Kamil Bochniak [TZS], Michał Kosela, Piotr Mokrzycki, Tomasz Muszyński [TZS]

PREMIERA W WAŁBRZYCHU: 21 WRZEŚNIA 2018 / PIĄTEK / GODZ. 19.00 / DUŻA SCENA POKAZY POPREMIEROWE: 22 WRZEŚNIA 2018 / SOBOTA / GODZ. 19.00 / DUŻA SCENA

23 WRZEŚNIA 2018 / NIEDZIELA / GODZ. 18.00 / DUŻA SCENA

PREMIERA W SOSNOWCU: 5 PAŹDZIERNIKA 2018

REZERWACJA BILETÓW: Biuro Współpracy z Publicznością / tel. 74 648 83 01 (do 03); http://bilety.teatr.walbrzych.pl/ Więcej informacji: WWW.TEATR.WALBRZYCH.PL

Jakub Skrzywanek

Transformacja w gradiencie ORWO

Kiedy myślę o transformacji, wszystko, co staram sobie wyobrazić, jest skąpane w bardzo charakterystycznym gradiencie ORWO. Nie tylko przez to, że jest on jednym z tematów książki Olgi Drendy, ale głównie dlatego, że jako osoba urodzona w 1992 roku, tak naprawdę znam okres transformacyjny tylko ze zdjęć, które wszystkie wyróżniał właśnie ten charakterystyczny ciepły, żółty odcień, sprawiający, że zdjęcia z mojego dzieciństwa, ale i te wcześniejsze, wyglądają jak kadry z jakiejś dziwnej baśni, w której wszyscy wydają się być szczęśliwsi niż w rzeczywistości.

Pamiętam, że kiedy Paweł Soszyński przyszedł do mnie z propozycją stworzenia spektaklu inspirowanego książką DUCHOLOGIA POLSKA, ale też stroną internetową o tym samym tytule, przez moją głowę przeleciały właśnie te przypadkowe kadry: guma „Turbo”, „brzydkie Miki”, jugokioski z małą gastronomią. Zdałem sobie sprawę, że rzeczywiście reprezentantami mojej pamięci o okresie transformacji są o wiele bardziej przedmioty i artefakty, które znajdowałem w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych w meblościankach rodziny i znajomych niż karty historii, ludzie i wydarzenia, które napędzały przemiany społeczne i polityczne w tamtym okresie i próbowały „na nowo” to wszystko jakoś poukładać. Zrozumiałem też wtedy, że przygotowywanie tego spektaklu, nie będzie dla mnie podróżą sentymentalną, którą pewnie odbywać będzie większość widzów, ale bardziej wyprawą archeologiczną, w której nie tylko muszę tę transformację odkryć, ale też postarać się zrozumieć, czym w ogóle był ten szalony okres, w którym przeszłość oddzieliliśmy grubą kreską i wspierani hasłem z bilbordów reklamujących IBM „Powodzenia Polsko!”, ruszaliśmy w nieznane.

To, co uważam za najważniejsze na finiszu naszej pracy, to to, że udało nam się w spektaklu odrzucić doraźną polityczność. Pytania, które sobie zadaliśmy, lokujemy zupełnie gdzie indziej. Już na początku pracy założyliśmy, że podważymy tezę o tym, że ta transformacja rzeczywiście się w Polsce skończyła. Poszliśmy dalej i zaczęliśmy się zastanawiać, czy kiedykolwiek się wydarzyła? Czy rzeczywiście możliwa jest realna szansa na to, żeby przemiana ustrojowa dała społeczeństwu szansę na nowy start? Dziś bardziej mam poczucie, że transformacja w Polsce wcale nie była początkiem, ale końcem. Końcem świata, w którym miliony, choć go nie chciały, potrafiły się odnaleźć, aż nagle w te miliony uderzyła ustrojowa demokratyczno-kapitalistyczna asteroida, wprowadzając chaos i podziały widoczne do dziś.

Dziś rozumiem tę transformację jako okres, w którym więcej przegrywało, choć mówiliśmy tylko o nielicznych zwycięzcach, gdzie nagle każdy po okresie przymusu bycia w kolektywie mógł zawalczyć o swoje „ja”. Bardzo gorzki czas, który jednak mimo wszystko zapamiętaliśmy w ciepłych barwach ORWO, w otoczeniu mebli w stylu „Bonanza” i przy dźwiękach pierwszych kaset Disco Polo.

Paweł Soszyński

Transformacyjna baśń

Jak wspominam transformację? Jak baśń, która rozgrywała się na ulicach, straganach, w radiu i telewizji, w gazetach. Wszędzie. Ortalionowe dresy to był szczyt marzeń. Że podróbki? A kogo to obchodziło? „Chamel No. 1” pachniała zacnie, bluzy sportowe „Adadisa” miały idealny krój. Sweterki od „Vesracego” zdobywały uznanie złotym haftem pomylonej marki. Pierwsze reklamy zachwycały, rozciągnięte na budynkach, były jak ozdoby. Miejskie akcesoria. Im bardziej były kolorowe, tym bardziej cieszyły oko. Kicz? Zły gust? Nie pamiętam żadnego kiczu. To były sny. Gabinet cudów. Chłonąłem kolejne nowości oszołomiony. Dobra, byłem dzieckiem. Ale wszyscy chyba wtedy nimi byli. I nie chodzi tu o infantylność. Chodzi o zachwyt – świat transformacji obracał się wokół nas jakby wyświetlany był przez magiczną latarnię w dziecięcym pokoju. Dotyka mnie do żywego, kiedy ktoś opowiada, że lata dziewięćdziesiąte to był zły gust. Nie był.

Pierwszy McDonald’s otwarty w Warszawie stał się wydarzeniem towarzyskim, a prasę obiegło zdjęcie Agnieszki Osieckiej pochylonej nad hamburgerem w wieczorowym stroju. To zresztą ona wymyśliła dwadzieścia lat wcześniej hasło „Coca cola to jest to!”. Genialne w swojej bezczelności. Właśnie taka była późniejsza transformacja: bezczelna, pełna wigoru, biegnąca wesołym taranem jak rozbawiony, krzepki dzik. Było głośno, szybko, na oślep. Istna karuzela.

Koszulka bez Sabriny w bikini czy Bruce'a Lee to był żart i okropny obciach. Piórnik bez pachnących kredek zawstydzał. Damskim paskiem bez złotych ozdób i plastikowych szmaragdów można było co najwyżej poganiać szkapę. Poprzeczkę zawiesiliśmy sobie wysoko – i skakaliśmy przez nią wyżej i wyżej każdego dnia.

Właściwie przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. był jak internet dziejący się w prawdziwym świecie. Nie wiadomo było, co zaraz wyskoczy zza rogu, wszystko przeplatało się ze sobą. Wysokie i niskie. Prawdziwe i zmyślone. Przez nową rzeczywistość przeklikiwałem się raz natrafiając na szokujące doniesienie o człowieku z mózgiem w brzuchu, raz na informację o nowym futurystycznym nośniku, który wkrótce zastąpić ma kasety magnetofonowe. Pierwsze odtwarzacze CD dokupywało się jako oddzielne stacje podłączane do magnetofonów. Mój przyjaciel z podstawówki, szczęśliwy posiadacz telewizji kablowej, nagrywał mi na kasety VHS całe ramówki kanału MTV. Oglądałem je uważnie, nabożnie, a każdy nowy teledysk Michaela Jacksona czy Madonny był doświadczeniem formacyjnym. W polskiej telewizji istniał program (rozrywkowy?) w całości złożony z zagranicznych... spotów reklamowych. Nic dziwnego, wcześniej olbrzymią popularnością cieszyły się zachodnie katalogi sklepów. Oglądało je się wciąż i wciąż od nowa – jak albumy ze sztuką.

W telewizji ludzie wygrywali Polonezy z bagażnikiem wypełnionym zapasem Vegety. Na bazarach tańczyli wyznawcy Hare Kriszny, na placach ścieżkę dźwiękową nowemu światu podkładali peruwiańscy Indianie grający na fletni pana. To było istne szaleństwo, coś cudownego. Jugokioski miały czar współczesnych butików. Łóżka polowe uginały się pod stertami używanej zachodniej odzieży. Panowała moda na zbieranie pustych puszek po światowych markach piwnych, których ekspozycja koronowała piramidą meblościanki. W klubach prasowych kupowało się niemieckie wydania „Bravo” - tylko dla zdjęć gwiazd muzyki i filmu. No i plakatów. Każda powierzchnia w moim pokoju musiała być pokryta naklejkami, zdobytymi w ramach podwórkowej wymiany, ciężkich negocjacji. Coś za coś. Najcenniejsze były naklejki błyszczące: srebrne, mieniące się tęczą. Oryginalny Disney czy naklejka z rozpoznawalnym logotypem właściwie były bezcenne.

Za komplet literek ozdobionych bohaterami z dobranocki Smurfy oddałem przebogate i cenne zbiory: puszki po Tuborgu i Carlsbergu, rocznik niemieckiego „Popcornu” (odpowiednik „Bravo”) oraz cztery bodajże katalogi francuskich sklepów z zabawkami. Było warto.

"To co dał nam świat" - wspomnienie Krzysztofa Krawczyka

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie